Referendum w sprawie igrzysk, czyli igrzyska polityczne

Wczorajsza sesja Rady Miejskiej Krakowa - balkon dla publiczności.
Wczorajsza sesja Rady Miejskiej Krakowa - balkon dla publiczności. mateuszklinowski.pl
Projekt igrzysk zimowych w Krakowie zamienia się w kamień u szyi partii rządzącej, nie tylko Krakowem. Wyjściem z impasu będzie referendum, gdzie przeciwników zimowej imprezy obrzuci się błotem. Ulepionym za pieniądze podatników.

Projekt od początku był Wielkim Marzeniem. Ale nie tylko. Był też Magicznym Wehikułem - przede wszystkim promocji lokalnych gwiazd polityki przed nachodzącymi wyborami samorządowymi. Promocję zrobiono po polsku – dziadowsko, po łebkach, ale z korzyścią dla przysłowiowych krewnych i znajomych. Krajowa centrala Platformy podchwyciła jednak narrację igrzyskową, uznając widocznie, że po EURO 2012 igrzyska mogą być kolejnym widowiskowym dowodem słuszności rządów. „Nie robimy polityki, budujemy stadiony, a teraz i tory saneczkowe” – zdawał się mówić rząd - "Spełniamy infrastrukturalne Marzenia Polaków". To, że w finansowym cieniu stadionów i torów będziemy żyć przez następne dziesięciolecia, nie było już ważne. Nieważne okazało się również zdanie samych mieszkańców regionu – ze zdumieniem obserwujących rozkręcającą się spiralę kosztów samego pomysłu organizacji kolejnych igrzysk zimowych w jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast świata, gdzie ostatniej zimy śniegu prawie nie było.

No i się zaczęło. Platforma z nazwy obywatelska rozpoczęła kampanię dezawuowania ewentualnych konsultacji społecznych i referendum. Okazało się, że pomysł kilku politycznych znajomych na wydanie kilkunastu (na początek!) milionów złotych nie podlega negacjacjom, choć korzyści z niego nie widać dla nikogo, oprócz samych pomysłodawców.

Nawet dzisiaj wysoko postawieni politycy PO podkreślają przede wszystkim, że organizacja igrzysk olimpijskich to miliardy zainwestowane w sport. Głosy specjalistów, a nawet dziennikarzy sportowych są jednak zgoła inne – inwestycje w sport i kulturę fizyczną nie mają wiele wspólnego z przemysłem igrzysk – przedsięwzięciem biznesowym oraz politycznym w pierwszej kolejności. Politycy PO zarzucają jednak brak społecznego wsparcia „Wspaniałej Idei igrzysk”. Słuchamy bełkotliwych tłumaczeń padających z ust ministrów, przewodniczących komisji, marszałków. Tor lodowy czy bobslejowy okazują się tam najważniejszymi potrzebami Polaków.

O czym politycy PO nie mówią?

W wypowiedziach tuzów z Platformy nie ma śladu po milionach na wniosek aplikacyjny (każda strona warta 60 tys. zł), skorzystania bez przetargu z zagranicznej firmy oskarżanej o udział w korupcyjnych skandalach, zatrudnienia znajomych posłanki Jagny w komitecie organizacyjnym (Jagna tłumaczy, że zarobki słabe, a znajomości dla zatrudnienia przypadkowe), spocie promocyjnym za 1 mln zł, czy wycieczkach urzędników na igrzyska w Soczi, z których też nie wiadomo co wynikało.

Politycy PO milczą również o kłamstwach w dokumencie aplikacyjnym. Symbolem tego kłamstwa stało się słynne zdjęcie na oficjalnej stronie komitetu organizacyjnego igrzysk (widoczne jednak tylko w wersji angielskiej), gdzie Tatry wyrastają zaraz za murami kombinatu w Nowej Hucie. Ze zdjęcia kominy Huty i elektrociepłowni Łęg jednak usunięto. A z wniosku aplikacyjnego usunięto i to, co owe kominy oraz tysiące lokalnych palenisk domowych w powietrze emitują – słynne krakowskie zanieczyszczenia. W tym kontekście bajania o zimowej aurze Krakowa (ta zima była wszak rekordowa!) czy logo z rozpoznawalnym na świecie kwadratem rynku brzmią już naprawdę niewinnie.

W dokumencie aplikacyjnym Krakowa napisano, że pomysł organizacji igrzysk cieszy się powszechnym poparciem społeczeństwa. Jak pamiętamy, poparcie to bierze się głównie z… Kairu, gdzie kupiono lajki pod stroną zwolenników igrzysk. Mieszkańcy Kairu nieczęsto bywają jednak w Parku Lotników, lecz dla mieszkańców Krakowa informacja, że właśnie tam powstać ma wioska olimpijska nie jest obojętna. Położony pomiędzy Nową Hutą a Krakowem obszar zieleni ma być zabudowany. Pod pozorem organizacji "prestiżowej imprezy" zawłaszczony przez deweloperów zostanie kolejny atrakcyjny fragment zieleni miejskiej. Czy trzeba czegoś więcej, by wywołać rewolucję? W Ankarze poszło też o park. Park Lotników Parkiem Gezi Krakowa?

Ten ogrom absurdów nie mógł przejść niezauważony, nie wywołać lęku przed falą rosnącego społęcznego oburzenia. Pierwszy z tonącego okrętu wyskoczył Jacek Majchrowski. Prezydent Krakowa zadeklarował w zeszłym tygodniu konieczność odwołania się do vox populi. W Platformie, nie tylko Małopolskiej, wybuchła panika. Lokalni dziennikarze wspierający lokalną władzę przyrównali wyłom w szeregach uczyniony przez Majchrowskiego do zdrady w politycznym małżeństwie, ale oczywiście o oszustwach drugiej strony nie wspominali.

Wczorajsza sesja Rady Miejskiej Krakowa, na której towarzyszyłem inicjatywie Kraków Przeciw Igrzyskom, poświęcona została w całości planowanej z przytupem imprezie. Prezentowano stopień przygotowań do igrzysk (czytaj: wysokość wydanych do tej pory sum pieniężnych) oraz dyskutowano – przede wszystkim o referendum w sprawie. Prezydent Majchrowski dziś tłumaczy, że w odrzucenie pomysłu organizowania imprezy w referendum przez mieszkańców Krakowa nie wierzy. Trudno ocenić, na ile jest to powrót do flirtu, a na ile rzeczywista wiara. Jedno wydaje się pewne, PO zgodzi się na referendum, a jego stawką będzie ogromna kompromitacja. Jeżeli mieszkańcy odrzucą pomysł igrzysk, nie będzie już żadnego usprawiedliwienia dla kłamstw, kolesiostwa i zwykłego skoku na kasę ubranego w szaty sportowej cnoty. Ucierpią politycy „partii rządzącej”, skompromitują się sportowe autorytety wspierające (z Justyną Kowalczyk na czele), czy dziennikarze troszczący się o moralność w politycznym związku Platformy z Majchrowskim.

Będziemy zatem świadkami nowej gry – tym razem wokół referendum. Wybór jego daty (już wiemy, że raczej nie z wyborami do Europarlamentu), czy pytań, jakie zostaną zadane (PO już sugeruje, żeby pytać o różne sprawy przy okazji igrzysk) staną się teraz przedmiotem politycznych kalkulacji i manipulacji. Kolejne setki tysięcy, jeżeli nie miliony złotych, zostaną wydane na gigantyczną akcję promocyjną w ramach kampanii zachęcania do wsparcia igrzysk. Jak inaczej lokalni politycy mają ocalić swoje stołki przed jesiennymi wyborami? Zobaczymy więc kolejne billboardy i spoty, kolejne autorytety sportowe i inne wzywające do poparcia "Igrzysk Marzeń". Być może złoci medaliści ostatnich zawodów przyjadą do Krakowa pooddychać świeżym powietrzem, nakreślić wizję toru saneczkowego w Myślenicach, czy zadaszenia stadionu Wisły. Obieca się nam szybkie trasy, lotniska i linie kolejowe. Będzie równie wesoło, jak przed EURO. Na to, że część z obiecanych wówczas inwestycji w infrastrukturę nadal leży odłogiem, nikt nie zwróci uwagi (ostatnio jechałem remontowaną na EURO linią kolejową Kraków-Oświęcim, linią o znaczeniu turystycznym - ślady nagle przerwanego remontu nadal są widoczne, a pociąg trasę 60 km pokonuje w czasie 2 godzin!)

Z pewnością pojawią się głosy, że głosowanie na TAK to obowiązek wobec przyszłych pokoleń, a głos oddać można poprzez proste pozostanie w domu. Nie mam złudzeń, że politycy umoczeni w igrzyskową kompromitację zrobią wszystko, aby referendum stało się nieważne, gdy tylko zacznie być jasne, iż nie zdołają kosztowną propagandą przekonać mieszkańców Krakowa do gremialnego poparcia. Referendum zostało na politykach PO wymuszone, jest próbą zapanowania nad kryzysem i gdy przerodzi się w kolejny kryzys, najprościej będzie spróbować je unieważnić, grając na obojętność wyborców.

Nie ma też wątpliwości, że członkowie grupy Kraków Przeciw Igrzyskom, nagłaśniający skandaliczne przygotowania do niepotrzebnej nikomu i do niczego, za wyjątkiem politycznych karier, imprezy zostaną zdemaskowani jako polityczni konkurenci rządzących (chcą władzy dla siebie, być może własnych igrzysk!), albo jedynie osoby nieodpowiedzialne, bezrobotni siejący zamęt w imię własnych interesów, nie rozumiejący sportu i jego potrzeb.

Polityczne bagno przeleje się przez Kraków, bo zanurzenie w nim będzie jedyną nadzieją na zachowanie stołków. Za zabieg ten również zapłacą podatnicy, finansując te polityczne tym razem igrzyska. Igrzyska zimowe odbijają się więc nam czkawką na wiosnę i to na długo przedtem, zanim w ogóle się zaczęły. Ot, kolejny polityczno-społeczny paradoks.
Trwa ładowanie komentarzy...