Przełomowy rok w polityce?

W nowym roku w krajowej polityce szykuje się rewolucja. Nowa ordynacja wyborcza do gmin jest szansą na rozpoczęcie procesu odbierania władzy dominującym dziś układom partyjnym. Nie przeoczcie jej.

Skromna kariera politycznego aktywisty, w której miałem możliwość pracować zarówno jako lobbysta sejmowy, jak i działacz gminny, przekonała mnie o jednym - z całą pewnością Polski nie da się zreformować odgórnie, poprzez organy władzy centralnej. Można dokonać tego wyłącznie oddolnie, zaczynając od gmin.

Nie ma wątpliwości, że Polska potrzebuje zasadniczych zmian, ale próżno oczekiwać, że dojdzie do nich przy obecnym składzie klasy politycznej. Są to przeważnie ci sami ludzie od 20 lat, wychowujący na swoje podobieństwo kolejne partyjne pokolenia. Brakuje wizji, kompetencji, ale przede wszystkim wykształcenia i uczciwości. Braki te są tak dojmujące i powszechne, że nawet ich nie zauważamy. Cieszymy się, że kolejny polski prezydent ma wreszcie magistra, premier jest w stanie wydukać kilka słów w obcym języku, a jeden minister skończył nawet prestiżową uczelnię. W kraju tymczasem pleni się korupcja, pod hasłem "pełnej absorpcji" dokonuje się skok na środki unijne, a oskarżenia o łapówkarstwo "absorbujących" burmistrzów, marszałków województw i ich urzędników przechodzą bez większego echa. Nepotyzm stał się czymś oczywistym, właściwie synonimem sprawowania władzy.

Odpowiedzialna za to wszystko klasa polityczna trzyma się mocno, bo partie w pełni kontrolują proces wyborczy i legislacyjny. W stanowieniu prawa obywatele nie mają nic do gadania, co pokazują losy kolejnych inicjatyw referendalnych czy ustawodawczych. Jeszcze mniej mają do gadania w przypadku wyborów. Nie chodzi tutaj bynajmniej o siłę pojedynczego głosu, lecz o znacznie poważniejszy problem. To partie polityczne są jedynym źródłem kandydatur w wyborach. Przesądza o tym obowiązująca ordynacja wyborcza, której nigdy nie uda się zmienić - partie zwyczajnie na to nie pozwolą.

Finansowanie z budżetu, bez żadnych warunków wstępnych (np. bez zakazu wydawania pieniędzy na biesiady, garnitury czy reklamy wyborcze) daje partiom politycznym przewagę na starcie w każdej kampanii wyborczej. Jest to najsilniej widoczne w wyborach centralnych, gdzie okręgi wyborcze obejmują kilka powiatów. By coś tam znaczyć, trzeba mieć struktury i pracowników, a więc pieniądze. Organizacje społeczne zwykle ich nie mają.

Ale prawdziwy monopol stanowią dopiero kandydatury - znalezienie się na liście partyjnej jest warunkiem koniecznym startu w wyborach. Zasada ta obowiązywała na każdym szczeblu władzy, obejmując nawet najmniejsze gminy. To właśnie się zmieni.

Wybory lokalne podawane były jako przykład skutecznego odpartyjnienia samorządów. Wszystko dlatego, że 80% ogólnej liczby wójtów, burmistrzów i prezydentów wybrano z komitetów mieszkańców, a nie list partyjnych (ale już w przypadku prezydentów, a więc zarządzających największymi miastami, jest niemal po równo). Są to jednak dane mylące i błędnie interpretowane. Problem w tym, że wysunięcie kandydatury na radnego nie było możliwe samodzielnie - znów to tzw. komitety wyborcze stały się dysponentami miejsc w wyborach. Lokalni społecznicy i działacze, chcąc kandydować, musieli się po prostu pod kogoś podpiąć, a czasem po prostu kupić miejsce na liście wyborczej (sam tak zrobiłem). To nie wszystko, przepisy zostały tak skonstruowane, że w praktyce, aby mieć szanse na udział w podziale mandatów, komitet musiał wystawiać kandydatury w odpowiedniej liczbie we wszystkich okręgach. W małych gminach było to do przeskoczenia i komitety w zasadzie mogły organizować grupki społeczników. Ale w gminie powyżej 20 tys. mieszkańców zaczynały się schody. Do tego całkowicie wykluczony został samodzielny start kandydatów na wójta i burmistrza - już samo zgłoszenie kandydatury uzależniono od wystawienia kandydatów do rad gmin. W praktyce w wyborach startować mogli jedynie przedstawiciele przygotowanych do uprawiania polityki środowisk. Czyli lokalni politycy i działacze partyjni.

W ten sposób zorganizowane grupy przejęły w kraju kontrolę nad procesem wyborczym na szczeblu gmin. Powstały układy samorządowe, które istnieją w Polsce gminnej i powiatowej do dzisiaj. To one w 1994 roku odsunęły od władzy społeczników z Komitetów Obywatelskich, często zastępując ich tworzącą się właśnie klasą lokalnych, politycznych cwaniaków (historię takiej przemiany ciekawie opisano na na przykładzie moich rodzinnych Wadowic).

Fenomenem wartym dogłębnego zbadania jest symbioza pomiędzy owymi samorządowymi układami, a partiami politycznymi. W niektórych gminach ową symbiozę widać jak na dłoni. "Niezależni" burmistrzowie czy prezydenci wywodzą się w istocie ze środowisk partyjnych, często sami organizują własne, uzależnione od siebie struktury lokalne znanych partii, by w wyborach kreować własnych kontrkandydatów. Umiejętna manipulacja kandydaturami zapewnia odpowiedni podział głosów, co zapewnia "niezależnemu" burmistrzowi reelekcję. Z zewnątrz może to wyglądać na zgodne współdziałanie partii ogólnopolskich i dobrego, "niezależnego" gospodarza. W rzeczywistości to patologia mająca przełożenie na zarządzanie gminą, poziom lokalnego nepotyzmu czy korupcji. Ile takich gmin jest w Polsce?

To wszystko może się skończyć właśnie w 2014 roku za sprawą zmian w ordynacji wyborczej. Nowy "Kodeks wyborczy" wprowadza rewolucyjną zmianę - w gminach, poza największymi miastami, obowiązywać będzie system jedno-mandatowy, a kandydaci w okręgach mogą zgłaszać się właściwie sami. Wystarczy, że utworzą własny komitet wyborczy w niewielkim teraz okręgu i zbiorą (np. po sąsiadach) potrzebną liczbę 25 podpisów. To naprawdę da się zrobić, a o wyborze na stanowisko nie będzie decydowało miejsce na jakiejś, mniej lub bardziej partyjnej liście, czy liczba głosów zdobytych przez listę we wszystkich okręgach, lecz (w zasadzie) jakość kandydata, jego zdolność do komunikacji z wyborcą, znalezienia odpowiedzi na ich problemy, zaufanie, jakie wzbudza tu i teraz - w swoim własnym otoczeniu, sąsiedztwie.

Do rad gminnych, które kontrolują działanie burmistrza, dostać się zatem wreszcie mogą osoby spoza dotychczasowego układu władzy - młodzi, wykształceni, jeszcze nie zdeprawowani. To szansa dla ruchów miejskich w małych miejscowościach, rozmaitych społeczników i aktywistów lokalnych. Zadaniem organizacji pozarządowych walczących o lepsze samorządy jest uświadomić to możliwie najszerszemu kręgowi osób, przygotować potrzebne dokumenty, know-how.

Niestety, nadal niemożliwy jest samodzielny start w wyborach na wójta i burmistrza - kandydatury wysuwać mogą jedynie komitety, które wysuwają kandydatów w co najmniej połowie okręgów wyborczych. Ale już szansa na wyłonienie obywatelskich składów rad gminnych stanowi obietnicę zmian, której nie należy lekceważyć. Rok 2014 będzie rokiem wielkiego eksperymentu, być może początkiem przełomu.

Zmiana klasy politycznej w samorządach i wspinanie się lokalnych społeczników po szczeblach samorządowej polityki musi z konieczności przełożyć się na poziom krajowy. Uczciwe gminy tworzące uczciwe powiaty, z czasem sięgające po województwa, wbrew partyjnym strukturom i logice partyjnej gry - to marzenie o lepszej polityce, które może się ziścić.

Ten rok będzie dla tego marzenia kluczowy. Nie prześpijmy go.

PS. Duże media będą emocjonować się wyścigiem do Parlamentu Europejskiego, którego beneficjentami są zawsze polityczni celebryci - to oni zarobią fortuny, zdobędą emerytury europejskie. Ten wyścig niczego w kraju nie zmieni. Przyszłość rozstrzygnie się bowiem w samorządach. Tym interesujmy się w pierwszej kolejności.
Trwa ładowanie komentarzy...