Prezydencie, dlaczego niszczysz demokrację? Rzecz o frekwencji w referendum.

Niedawne wypowiedzi osób zajmujących kluczowe stanowiska w państwie świadczą o niezrozumieniu demokracji i swojej w niej roli. Tak gaśnie legenda Platformy Obywatelskiej – partii, która obiecywała Polakom powrót do wolności, a dziś jest grupą kolegów, która myśli tylko o utrzymaniu własnych wpływów.

Premier i Prezydent wypowiedzieli się na temat udziału w referendum za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wypowiedzieli się zgodnie z logiką partyjnej gry, a nie demokracji. Dla obrony status quo i koleżanki ze struktur partyjnych, postanowili przekreślić legendę PO – obrońców demokracji i obywatelskich swobód. Premier i Prezydent twierdzą teraz, że odmowa udziału w mechanizmach demokracji jest ich wypełnieniem, jest demokracją per se. Dla Premiera to „gest sympatii”, dla Prezydenta stawianie tamy dla „wojny partyjnej na poziomie samorządowym”. Lecz czy to nie przypadkiem partie polityczne zawłaszczyły samorządy, wszędzie wpychając swoich przedstawicieli, lokalnych baronów, likwidując lokalną demokrację i uzależniając ją od konszachtów na górze?



Referendum jest oczywiście sprawą polityczną, bo dotyczy polityki – organów władzy lokalnej. Jest "rozgrywką partyjną", bo prezydentem stolicy jest partyjny nominat wysokiego szczebla. Ale czynienie z tego zarzutu organizatorom jest niedopuszczalne. To przecież nikt inny jako PO i PiS przekształciły wybory samorządowe w kolejne wybory parlamentarne, swoistą próbę sił na poziomie lokalnym. Na poziomie gmin i powiatów partie te weszły w powiązania z lokalnymi układami towarzyskimi, korzystając z ich wsparcia w wyborach parlamentarnych, a udzielając marki w wyborach lokalnych. W zmian jednak obie partie „umoczyły” się w gminne interesy i afery, stając się zakładnikami samorządowych sitw. To wyjaśnia, dlaczego z taką werwą muszą teraz ich bronić przed falą referendów, która przetacza się przez kraj (piszę w liczbie mnogiej, bo PiS sprawując władzę robiłby dokładnie to samo).

Premier i Prezydent wciskają nam kit, grając wyłącznie na swoje ugrupowanie i jego interesy. Ale problem w tym, że ich wypowiedzi - wielokrotnie cytowane i powtarzane, są wielce szkodliwe dla demokracji w Polsce. Dodatkowo, pod pozorem pro-obywatelskich zmian Prezydent zaproponował właśnie de facto likwidację instytucji referendum za odwołaniem władz lokalnych. Władza raz wybrana, ma nią pozostać aż do wyborów, czyli czasu, kiedy partyjne struktury będą miały czas i ochotę przypilnować lokalnego podwórka.

Władza lokalna wybierana w ciemno

Oficjalnym uzasadnieniem zmian wprowadzanych do ustawy o referendum lokalnym przez Prezydenta jest stabilność zarządzania gminą, powiatem, województwem. Argument to chybiony, bo rządzą nami ludzie w dużej mierze przypadkowi. Ich władza co do zasady jest niestabilna i obliczona wyłącznie na przetrwanie.

Polska ma problem z demokracją. Badania wskazują, że liczba jej zwolenników jest niska i wynosi 25% (Diagnoza Społeczna 2013), a angażujących się w nią czynnie jest zaledwie 2.6 % wyborców (Europejski Sondaż Społeczny 2008). To wyniki słabe na tle Europy, ale i tak nie oddające rzeczywistej skali odwrotu od demokracji jako systemu wspólnego sprawowania rządów. Skala ta widoczna jest dopiero na poziomie lokalnym, gdzie nie działają mechanizmy medialnego rozbudzania zainteresowania. Radnych dzielnic, miejskich, powiatowych, wójtów i burmistrzów nie pokazuje ekran telewizora, nie trąbią o nich rozgłośnie radiowe – to ludzie nieznani, którzy sprawują władzę wybierani „w ciemno” przy frekwencji na poziomie 40%.

66% osób w ogóle nie wie, kto kandyduje na wójta, burmistrza, prezydenta miasta (CBOS 2010). Ta przestrzeń ignorancji jest powodem wyboru ludzi niekompetentnych, pozbawionych odpowiednich kwalifikacji, często także moralnych. A to oni dzielą setki milionów złotych rocznie. Wbrew demagogicznym twierdzeniem Prezydenta, referendum wydaje się więc naturalnym mechanizmem korekty błędnych wyborów – a że wybory te muszą być błędne, świadczą powyższe cyfry. PO zależy jednak na tym, aby słabej jakości rządy lokalne były utrzymywane. Ich stabilność sprzyja bowiem zabezpieczeniu interesów partyjnych, choć niewątpliwie godzi w interes społeczny.

Prób frekwencyjny to źródło patologii

Prezydent Komorowski milczeniem pomija kwestię następstw utrzymywania progu frekwencyjnego dla referendum za odwołaniem władz. A przecież sama PO niedawno próg ten luzowała, uzasadniając to niewielkim odsetkiem ważnych referendów (przypomniał to przed paroma dniami Łukasz Gibała) – w poprzedniej kadencji było to tylko 17%. Moim zdaniem próg frekwencji powinien zostać całkowicie zniesiony, wiąże się on bowiem z występowaniem licznych patologii. Coś o nich wiem, bo referendum organizuję.

Po pierwsze, zbyt wysokie wymagania frekwencyjne, co niewątpliwie potwierdza odsetek nieważnych referendów, zniechęcają do uczestnictwa w demokracji. Ludzie odbierają referendum jako stratę pieniędzy, obciach, z którego nic sensownego nie może wyniknąć. To umacnia awersję do angażowania się w sprawy publiczne w równym stopniu, jak codzienna, telewizyjna obserwacja młócki sejmowych polityków. Po drugie, organizacji referendum za odwołaniem władz towarzyszy zawsze kampania zniechęcania do brania w nim udziału – sponsorowana przez lokalne władze. Prowadzi to dalszej erozji wiary w demokrację w społeczeństwie. Władze często posuwają się do publicznych gróźb i szantażów, tak dzieje się m.in. w Wadowicach.



Uczestniczący w głosowaniu przedstawiani są jako mąciciele, którzy przyczyniają się do z góry nieudanego referendum i w stosunku do których powinny zostać wyciągnięte jakieś konsekwencje. Jakie? Władza będzie czuwać przy lokalach wyborczych i nazwiska spisze – zatrudnione w instytucjach gminnych osoby i ich rodziny na głosowaniu się więc nie pokażą. Ci, co przyjdą, zostaną dla przykładu ukarani. Fala zwolnień szaraków i represji względem przedsiębiorców to stały element referendalnej porażki. Kto spróbuje następny? W małej gminie taka taktyka zwykle daje władzy kolejne 10 lat spokoju.

Po trzecie, dzięki obowiązującym przepisom odwoływana władza zawsze ma strategię wygrywającą – jej elektorat zostaje w domach. Tutaj decyduje matematyka.

Połączenie represji, społecznej apatii i bojkotu prowadzi więc do korozji instytucji referendum. Ale razem z nią postępuje korozja wiary w demokrację, społecznego zaangażowania itd. Najprostszą na to receptą jest po prostu zniesienie frekwencyjnego progu, czyli ruch przeciwny do proponowanego przez Prezydenta. Wówczas władze lokalne, a nawet sam Bronisław Komorowski, nawoływałyby do udziału w demokracji, zaangażowania, mobilizowałyby każdego, aby wyrobił w sobie nawyk głosowania. Zyskalibyśmy wszyscy, zyskałaby polska demokracja, a represje i szantaże nie miałyby miejsca. Tego jednak prezydenccy eksperci widzieć jakoś nie chcą, forsując podnoszenie progu.

PO wzmacnia niechęć do zaangażowania w politykę

Wypowiedzi Prezydenta i Premiera są dla mnie również dlatego bulwersujące, bo umacniają one wskazaną już wyżej słabość naszego społeczeństwa – nikłe zainteresowanie polityką, zwłaszcza polityką lokalną, która niewiele ma z oglądanego w telewizjach sejmowego teatru. Rolą panów Komorowskiego i Tuska powinno być stymulowanie demokratycznych wyborów, nie ograniczanie ich. Żyjemy jednak w rzeczywistości, gdzie demokracja sterowana jest i gwarantowana przez partie polityczne. Stąd, gwarancje te są słabe. Niestety, my – obywatele, nie mamy rzecznika demokracji, do którego moglibyśmy się zwrócić. Trybunał Konstytucyjny i Rzecznik Praw Obywatelskich to też instytucje obsadzane w drodze partyjnych targów.

Lokalne układy czują się w znacznej mierze bezkarne - instytucje kontroli w postaci Prokuratury, sądów czy Wojewody są często skrajnie nieskuteczne. Odpowiada za to słabość obowiązującego prawa, ale przede wszystkim towarzyskie uwikłanie w grupy interesów, które w samorządach mają złote żniwo, wykorzystując do tego ochronę jaką daje PO i PiS. Dlatego na referendum za odwołaniem organów gminy należy patrzeć jako na ostatnie narzędzie kontroli obywateli nad władzą. Jest to narzędzie kulawe, bo rzadko skuteczne, ale jest. Niebawem Prezydent i parlamentarna większość PO i PSL przesądzą, że będzie to już wyłącznie fasada.

Wcześniej pisałem o referendum lokalnym i zmianach proponowanych przez Prezydenta tutaj: Co z referendum, Panie Prezydencie?

PS. Obrona samorządowych układów przed odwołaniem przyjmuje nieraz groteskowe formy. Wadowice to jedna z gmin w Małopolsce, gdzie PO ma zapewnione wpływy – burmistrz rządzi 20 lat lawirując pomiędzy PO i PiS, w rzeczywistości tworząc z własnych urzędników struktury lokalne oby tych partii. Dziś wspiera PO, a PO wspiera ją, nawet za cenę kompromitacji. Gdy trwała zbiórka podpisów pod referendum, z nieba do Wadowic śmigłowcem zleciał sam Premier Donald Tusk. Sfotografował się z miejscowymi notablami, pochwalił burmistrz i przekazał jej 5 mln złotych na szpital… powiatowy. Stosowne zdjęcia i obietnice ozdobiły internetowe portale lokalnej władzy. Groźba referendum w odległych Wadowicach nie powinna Premiera interesować. A jednak sprawia ona, że natychmiast spada on z nieba. Ciekawe? Wadowice leżą w okręgu wyborczym Pawła Grasia...
Trwa ładowanie komentarzy...