Poseł Dera i "tolerancja narkotyków"

Ostatnie publiczne wypowiedzi Andrzeja Dery pokazują, jak długa droga jeszcze przed nami w edukowaniu naszych przedstawicieli. W kwestii narkotyków politycy wciąż żyją mitami, na użytek politycznego teatru, odwracając głowę od ludzkich tragedii.

Solidarna Polska okazuje się Polską dla wybranych. Wybrani mogą upijać się do woli, a w chwilach trzeźwości "leczyć" palących marihuanę - aresztem domowym. Nie mam już siły przypominać tutaj długiej litanii bzdur, jakie na temat narkotyków wygłaszali i wygłaszają politycy z prawa (Tusk, Kaczyński, Kopacz, Czuma, Ziobro itd.) i z lewa (Miller). Do tego grona dołączył Andrzej Dera, który rzucił wyzwanie światu - Przyprowadźcie mi kogoś, kto siedzi za narkotyki. Szukać nie trzeba było daleko - w Polsce każdego roku na karę pozbawienia wolności za narkotyki skazywanych jest blisko 10 tys. osób. Raporty i oficjalne statystki nie pozostawiają wątpliwości - w znakomitej większości przypadków (80%) chodzi o tzw. niewielkie ilości i do tego marihuany.



Marihuana jest używką o niskiej szkodliwości, mniej niebezpieczną niż alkohol i tytoń, które powszechnie są przyjmowane w Sejmie w godzinach pracy (wie to każdy, kto tam pracował). Marihuana ma właściwości lecznicze, potwierdzone licznymi badaniami, preparaty zawierające aktywne jej składniki są zarejestrowane jako leki. Andrzej Dera wie jednak swoje - wiedzę czerpie z telewizji i procesów "narkomanów", jak nazywa konsumentów zakazanych dziś środków. No i badań, których jednak świat naukowy (uważam się za jego przedstawiciela) nie zna. Być może istnieje jakaś baza publikacji naukowych dostępnych tylko politykom Solidarnej Polski, ale cała reszta populacji świata ma dostęp do nieco innych danych. Z nich wyłania się dość jasne przesłanie - najgroźniejsze są używki legalne: alkohol i tytoń.

W wypowiedziach posła Dery pełno jest stwierdzeń kuriozalnych, kompromitujących. Narkotyki powodują zło, a społeczeństwo powinno bronić się przed tolerancją narkotyków. Walczący o uznanie narkotyków za legalne powinni być zawsze przegranymi. Pomijając aspekty językowe, wypowiedź ta nie ma większego sensu. Dera myśli, że narkotyki to nowość, a legalizacja to ich jeszcze większa promocja. Odpowiedzią jest "leczenie chorych", bo przecież w postępowaniu [karnym] kładzie się nacisk na leczenie. To jest jego cel. Jeśli ktoś nie chce się leczyć, to wtedy jest izolowany.

Widać, że poseł nie ma pojęcia o realiach, ale też argumentach, jakie pojawiają się w dyskusji na temat strategii postępowania względem narkotyków. Legalizacja, przed którą chce Polskę bronić, nie jest bowiem drogą do zatracenia, ale sposobem na zmianę najpoważniejszego następstwa obecnej polityki - redukcji profilaktyki i leczenia do działań policyjnych. Polska ma najsurowsze rozwiązania prawne w Unii Europejskiej, skazuje na pozbawienie wolności najwięcej osób, ale jednocześnie jest na przedostatnim miejscu, jeżeli chodzi o leczenie osób mających problem z narkotykami. Leczenie zastąpiliśmy bowiem karaniem, zaś owa demonizowana przez Derę "legalizacja narkotyków" ma służyć właśnie odwróceniu tego trendu.

Uprzedzając ewentualną ripostę od razu napiszę, że nie ma co liczyć na korektę działań organów państwa - walka z narkotykami jest żyłą złota dla organów ścigania. Wystarczy prześledzić, jak wydawane są środki w ramach tzw. planów zwalczania narkomanii - krajowego i wojewódzkich. Trafiają one do Policji oraz "ekspertów" pokroju profesora Jędrzejko - ideologów kontynuacji epickich zmagań z marihuaną. Nie ma się więc co łudzić, że stworzony w Polsce system jest zdolny do autorefleksji i korekty - istniejące bodźce finansowe gwarantują pogłębianie się problemów i kontynuację represji. Tylko zmiana prawa daje szansę rzetelnego zajęcia się zagadnieniem używania i nadużywania narkotyków.

Prawnik Andrzej Dera myli się też odnośnie roli kary. Nie tylko chce on, aby prawo karne wyręczyło system leczniczy, ale ma ono grać rolę drogowskazu - to mity powtarzane przez tych, którzy nie mają większej styczności z praktyką stosowania prawa. Mamy XXI wiek, a Andrzej Dera nadal zdaje się myśleć, że sięganie po narkotyki jest wynikiem zbyt łagodnego prawa, nie zaś osobistej sytuacji życiowej. Dlatego Solidarna Polska będzie zaostrzać prawo (25 lat za posiadanie to chyba ostatnie słowo Zbigniewa Ziobry na ten temat - projekt leży w Sejmie), zamiast zmieniać życie Polaków.

Nigdy jednak nie zgodzę się z tym, że zażywanie narkotyków to działalność o znikomej szkodliwości społecznej - pisze poseł. Szkopuł w tym, że karanie za narkotykiw żaden sposób tej szkodliwości nie obniża - w rzeczywistości jedynie generuje dodatkowe problemy. Dowody na to są przytłaczające, powszechnie znane i wielokrotnie omawiane. Dlaczego posłowie Solidarnej Polski nie chcą tego przyznać? To proste. Strategia polityczna tego ugrupowania oparta jest na karmieniu się ignorancją i lękami polskiego społeczeństwa. Cierpienie tysięcy osób represjonowanych przez państwo niewiele ich obchodzi, bo "narkomani" to nie jest elektorat Zbigniewa Ziobry. Smutne, ale niestety prawdziwe.

Tak się składa, że Andrzeja Derę poznałem i uważam za człowieka rozsądnego i wartościowego. Problem w tym, że obie te własności nie wykluczają się z byciem niebezpiecznym ignorantem. Gdy do tego dochodzi jeszcze polityka i wiążący się z nią populizm, stajemy się świadkami wygadywania (wypisywania) głupot, jakich popis dał właśnie poseł Dera.

Czeka nas jeszcze długa droga w edukowaniu naszych przedstawicieli w podstawowych kwestiach. Innych sobie nie jesteśmy w stanie wybrać (blokuje to ordynacja wyborcza i inne mechanizmy), więc polityka społeczna jeszcze przez długi czas rozmijać się będzie z potrzebami.

Tylko na ile, parafrazując posła Derę, wystarczy nam "tolerancji polityków"?

PS. W jednej sprawie Andrzej Dera się nie myli - potrzeby wyznaczenia wartości granicznych narkotyków i wprowadzenia ich do polskiego prawa. Tak się składa, że eksperci już takie wartości wyznaczyli. Szczegóły znajdują się w artykule opublikowanym w Prokuratura i Prawo pt.Granice odpowiedzialności za posiadanie narkotyków.
Trwa ładowanie komentarzy...