Co z referendum, Panie Prezydencie?

Władze Wadowic od 20 lat opierają się demokracji. Głównie dzięki umiejętnemu "rozgrywaniu" partii ogólnopolskich. Na plakacie symbol lokalnej polityki - Kocicho, czyli szef lokalnej PO.
Władze Wadowic od 20 lat opierają się demokracji. Głównie dzięki umiejętnemu "rozgrywaniu" partii ogólnopolskich. Na plakacie symbol lokalnej polityki - Kocicho, czyli szef lokalnej PO. mateuszklinowski.pl
Dziś pod Pałacem Prezydenckim spotykają się zwolennicy demokracji, aby zaprotestować przeciwko proponowanym przez Bronisława Komorowskiego zmianom w instytucji referendum lokalnego. Zmiany te oznaczają dalszą likwidację demokracji lokalnej oraz dominację partyjnych układów w samorządach.

Gminno-powiatowe patologie

Od 2010 roku jestem radnym i z tej perspektywy wyraźnie dostrzegam słabe punkty obowiązujących przepisów prawa samorządowego. Dzięki przyjęciu nieprzemyślanych rozwiązań, a przede wszystkim braku odpowiedniego nadzoru nad działalnością gmin i powiatów, połączonego z brakiem kadencyjności wójtów i burmistrzów, wiele samorządów stało się udzielnymi księstwami, w których funkcjonują powiązane z polityką partyjną lokalne układy o cechach mafijnych. Samorządy nie podlegają właściwie żadnej kontroli instytucji publicznych czy społecznych – nadzór prawny wojewodów jest w znacznym zakresie fikcją, lokalne prokuratury de facto starają się nie dostrzegać popełnianych przez urzędników i radnych przestępstw, a sądy stoją na stanowisku, że działalność burmistrza jest krzywdą jedynie jego samego (taką linię orzeczniczą przyjął w swej "mądrości" nawet Sąd Najwyższy). W ten sposób gminy i powiaty to eksterytorialne księstwa – lokalne władze mogą uchwalać, co tylko chcą, a burmistrzowie bezkarnie parcelować majątek publiczny. Patologia goni patologię.



W niewystarczający sposób zdefiniowano zakazy łączenia stanowisk i korzystania z mienia gminy – w wielu gminach radni zatrudniani są przez burmistrza, który transferuje do nich środki gminne – w zamian za poparcie. W ten sposób burmistrz wasalizuje radę miejską, która ma go kontrolować, a kontrola oczywiście staje się fikcją. Burmistrzowie zatrudniają lokalnych dziennikarzy, kontrolując przekaz medialny, zatrudniają rodziny prokuratorów oraz prezesów sądów – w ten sposób kupują sobie immunitet.

Ostatnim piętrem układanki są partie polityczne – ordynacja samorządowa umożliwia posługiwanie się logiem rozpoznawalnych partii w czasie wyborów. W większości gmin nie istnieje dojrzałe społeczeństwo obywatelskie – wybierani są ci, którzy podepną się pod odpowiednią markę. Nazwiska kandydatów nawet w gminach są dla większości wyborców zagadką, w przeciwieństwie do partyjnych logo.

W ten sposób lokalni barnowie kupują sobie stanowiska i mandaty, swój dług PO czy PiS spłacając w czasie wyborów parlamentarnych. Bardzo wyraźnie widać to na przykładzie Wadowic, gdzie struktury partyjne PO i PIS to urzędnicy podlegli burmistrz, członkowie tych samych kilku rodzin. W Wadowicach nawet nie udajemy, że chodzi o jakąś politykę. Po prostu lokalny układ rządzący miastem kupił usługi u Tuska i Kaczyńskiego, o czym obaj doskonale wiedzą wielokrotnie z tego korzystając.

Prezydent chroni interes partyjny

Ponieważ wybory sprawowane są pod dyktando partyjnych komitetów (lub komitetu odwiecznego burmistrza, co na to samo wychodzi), referendum za odwołaniem władz gminnych jest właściwie jedynym sposobem, w jaki lokalna społeczność jest w stanie zmobilizować się i pokazać władzy czerwoną kartkę. Dowodzi tego obserwowany właśnie boom referendalny – mieszkańcy wielu miast dość mają długoletnich rządów skostniałych, partyjnych (skrycie bądź jawnie) układów. Jednak pokazanie owej czerwonej kartki jest bardzo trudne – wiem, gdyż właśnie organizuję takie referendum w swoim rodzinnym mieście. Prezydent dąży jednak do tego, aby było to niemożliwe.

Po pierwsze podpisy – 60 dni na zebranie podpisów 10% mieszkańców gminy nie wydaje się wielkim wyzwaniem. Ale warunek jest jeden – trzeba mieć struktury, które obstawią cały teren gminy i po kilka godzin dziennie poświęcą na społeczną (lub nie) pracę. Do tego potrzebne jest też partnerstwo drugiej strony – a często w gminach poziom obywatelskiej świadomości i zaangażowania jest zerowy. Jeżeli frekwencja w wyborach samorządowych waha się w granicach 40%, organizacja referendum wymaga dotarcia do co czwartego wyborcy. To bardzo trudne. Należy poważnie podyskutować o wydłużeniu czasu zbierania podpisów, nawet jeżeli wiązać by się to musiało ze zwiększeniem wymaganej ich liczby. Idealnym rozwiązaniem byłaby możliwość rejestracji się poprzez Internet. Wówczas zbieranie podpisów szło by błyskawicznie i uzależnione byłoby wyłącznie od woli mieszkańców, a nie istnieniu sprawnych struktur dysponujących czasem i długopisami.

Największe schody zaczynają oczywiście po zwołaniu referendum – jest ono ważne, jeżeli weźmie w nim udział 3/5 ostatnio głosujących. Dlaczego 3/5, a nie np. nie mniej, niż wymagana liczba podpisów? Ustawienie tak wysokiego progu ważności referendum skutkuje znaczącą ich nieważnością – odwoływani wójtowie i burmistrzowie mają bowiem do dyspozycji strategię wygrywającą – wystarczy, że zaapelują do swoich zwolenników o powstrzymanie się od głosowania, zaś niezdecydowanych zastraszą. W demokratycznej (wydawałoby się) Polsce nie brakuje więc procesów karnych o zniesławienie, gdzie pokrzywdzonymi są lokalne władze, a oskarżonymi ci, którzy próbowali je odwoływać. Nie muszę chyba dodawać, że lokalne sądy nie stają tutaj na wysokości zadania i bardzo chętnie idą na rękę lokalnej władzy.

Zmiany w ustawie o referendum lokalnym powinny więc iść w kierunku ochrony prawa obywateli do krytyki i odwołania władz. Elementem takiej zmiany powinno być przede wszystkim radykalne obniżenie progu wyborczego, a może nawet całkowite jego zniesienie. Doprowadziłoby to szybkiej likwidacji lokalnych, zasiedzianych układów w gminach i powiatach w Polsce. Ale to oznaczałoby utratę partyjnych wpływów. Zmiany proponowane przez Prezydenta idą więc w przeciwnym kierunku.

Kilka ważnych kroków do przodu i skok w tył

W prezydenckim projekcie zmian jest kilka bardzo pozytywnych i potrzebnych – powołanie instytucji inicjatywy obywatelskiej, tworu pośredniego pomiędzy stowarzyszeniem zwykłym a rejestrowym, co da możliwość korzystania ze środków przeznaczonych dla społeczników społecznikom właśnie, a nie zawodowym fundacjom czy stowarzyszeniom, najczęściej z Warszawy. To moim zdaniem zmiana najistotniejsza, o ogromnym znaczeniu, bowiem rozbije monopol zawodowych społeczników w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego tam, gdzie ono jest najpilniej potrzebne – w gminach i powiatach. Jest też inicjatywa uchwałodawcza mieszkańców, czyli element demokracji bezpośredniej w samorządzie. Jest wreszcie zniesienie progu ważności dla referendów lokalnych innych niż odwołujące organy gminy, z narzuceniem obowiązku stosowania się przez ograny do ich wyników.

Problem w tym, że wszystkie te pozytywne i potrzebne zmiany bledną przy próbie likwidacji jedynego narzędzia społecznej kontroli lokalnych partyjnych układów – referendum za odwołaniem burmistrza i rady miejskiej. Dlaczego Bronisław Komorowski zdecydował się na taki ruch? Argumenty, jakie podają eksperci z jego kancelarii zupełnie mnie nie przekonują („logika systemowa”, “stabilność władzy” i tym podobne, nic nie znaczące zwroty). Ale też nie one były prawdziwym powodem postulowania utrudnień w organizacji referendów.

Między obywatelami a partiami politycznymi toczy się walka o władzę. Prezydent – partyjny nominat przecież, opowiedział się wyraźnie po jednej ze stron.

PS. Jestem radnym, ale też obecnie organizuję referendum lokalne za odwołaniem burmistrza i rady, w której zasiadam. Wzywam „ekspertów” prezydenckich do debaty z nami, praktykami społeczeństwa obywatelskiego. Zorganizujmy spotkanie, z udziałem publiczności i transmitowane przez Internet, gdzie zderzymy swoje racje. Niech obywatele dowiedzą się z pierwszej ręki, dlaczego właściwie Prezydent i jego otoczenie są przeciwko nam.
Trwa ładowanie komentarzy...