Dlaczego w Polsce nie ma wolności słowa?

Raport amerykańskiej fundacji Freedom House pokazuje, że wolność słowa nadal jest luksusem. Wolne media nominalnie obejmują swoim wpływem jedynie 14% ludności świata. Polska nie wypadła w raporcie najgorzej. Rzeczywistość jest jednak inna.

Pisałem kiedyś o pułapce raportów – te międzynarodowe, porównawcze, zwykle w ułomny sposób przedstawiają rzeczywistość, gdyż bazują na oficjalnych, arbitralnie wybranych wskaźnikach. Raport Freedom House w przypadku Polski skupia się na kwestii odpowiedzialności karnej za słowo, czyli niesławnym art. 212 Kodeksu karnego. Przepisu bronią prawnicze autorytety, na czele z profesorem Andrzejem Zollem. Bronił go również poprzedni Minister Sprawiedliwości. Argumenty mają słabe, wynikające z nieznajomości praktycznych konsekwencji istnienia przepisu, ale złe prawo nadal trwa. Jest wykorzystywane do pacyfikowania niewygodnych głosów – w całym kraju o zniesławienie oskarżani są lokalni dziennikarze krytykujący urzędników, blogerzy opisujący swoje miasta czy gminy, a nawet - o zgrozo! - organizatorzy referendów i protestów przeciwko władzy. To już Białoruś. Przedmiotem postępowania o zniesławienie może być też osoba zawiadamiająca o przestępstwie organy ścigania czy naukowiec krytykujący prace naukowe kogoś innego. Prawo karne posunięto więc do absurdu niwecząc wolność słowa.



Nie to jednak jest głównym źródłem patologii. Oto kilka innych, ważniejszych:

1. Osobista odpowiedzialność autora tekstu – to dziennikarze są pozywani i oskarżani za krytyczne publikacje, redakcje często umywają ręce. Powinno być na odwrót – to redaktor wydania powinien ponosić odpowiedzialność za pracę swoich dziennikarzy. Promowałoby to wysokie dziennikarskie standardy. Dziś mało kto o nich myśli, a redakcje traktują swoich pracowników jak mięso armatnie. Ze szkodą dla jakości debaty publicznej.

2. Brak zakazów łączenia funkcji dziennikarskich z politycznymi – dziś lokalne samorządy zatrudniają lokalnych dziennikarzy jako swoich pracowników. Właściciele lokalnych portali, gazet i telewizji są często etatowymi pracownikami urzędów (miasta, powiatu). Zamiast wolnych mediów mamy media gadzinowe. Mieszkańcy często nie mając o oszustwie pojęcia, traktują je jako rzetelne źródło informacji.

3. Wpływy reklamowe od polityków – zwłaszcza media lokalne zależą od reklam, których źródłem są powiązani z lokalnymi politykami przedsiębiorcy, bądź instytucje samorządowe. Głos krytyczny może sporo kosztować, bo wiąże się z utratą reklam, więc często zastępuje go konformizm.

4. Dotacje unijne od polityków – zjawisko nadal dobrze nieopisane. A przecież nawet telewizje i prasa ogólnopolska to biznes korzystający ze środków unijnych. Te także rozdają politycy.

Punkty 2-4 eliminują z debaty szereg tematów. Są w Polsce sprawy, o których się nie mówi, bo to się nikomu nie opłaca. Albo inaczej - ktoś płaci za to, żeby pewne kwestie przemilczeć. Zjawisko to jest moim zdaniem powszechne.

5. Brak skutecznej ochrony w prawie prasowym przed oszczerczymi czy nierzetelnymi informacjami – gwarancją wolności prasy i niezależności od poleceń z góry jest także siła uprawnień ewentualnych pokrzywdzonych publikacjami prasowymi. Dziś w praktyce nie ma żadnej kontroli nad strumieniem obelg publikowanych anonimowo w Internecie. Redakcje za nic nie odpowiadają. Również możliwości sprostowania fałszywych informacji są bardzo ograniczone – lokalna prasa wykorzystywana jest więc do oczerniania przeciwników prominentnych polityków opłacających się dziennikarzom.

6. Tryb wyborczy – specjalny pozasądowy (choć realizowany przez sądy okręgowe) tryb pacyfikowania głosów krytycznych wobec kandydatów w wyborach. Bez uczciwego procesu, w kilka godzin, bez świadków i dokumentów można zostać skazanym za „obrazę” polityka i zapłacić do 20 tys. zł. Sam miałem trzy takie „procesy”.

Patrząc na powyższe trudno uznać, że nasz kraj jest „domem wolności”, a już na pewno, że cieszymy się wolną prasą i wolnością słowa. Swoim studentom powtarzam, że wolność słowa to w kraju nad Wisłą przywilej starych i schorowanych. Oni mogą krytykować władzę, apelować do sumień, organizować referenda czy zgłaszać przestępstwa urzędników. Ich emerytura częściowo chroniona jest przed grzywnami, a stan zdrowia skutecznie uniemożliwi ich zasądzanie w kolejnych procesach.

Jeżeli jednak jesteś zdrowy i pracujesz – morda w kubeł. Jesteś w Polsce.
Trwa ładowanie komentarzy...