Marihuana dzieli lewicę

SLD nie ma dobrej passy. Rządzona przez polityczne dinozaury partia utraciła tak bardzo kontakt z rzeczywistością, że postanowiła rozdawać młodzieży książki. Mają one zastąpić marihuanę, którą rzekomo promuje Ruch Palikota.

Leszkowi Millerowi łatwo przychodzi potępiać marihuanę, czynił to wcześniej wielokrotnie. Najwyraźniej starzejący się żelazny kanclerz lewicy zapomniał, że w 2011 roku, w czasie prac nad nowelizacją ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, jego ugrupowanie popierało projekt poprawki zmieniającej status prawny marihuany i zezwalający na jej stosowanie w medycynie. Poprawkę prezentował Marek Balicki, czyli… były Minister Zdrowia w rządzie Leszka Millera. Zaproponowano również wprowadzenie dokładnie określonych „wartości granicznych” – ilości poszczególnych narkotyków, jakie można mieć bez posądzenia o handel nimi.



Obie zmiany są konieczne, jeżeli w Polsce mamy mieć do czynienia z naukowym, a nie histerycznym i nierozsądnym podejściem do problemu używania i nadużywania narkotyków. Ta swoista anty-polityka (bo trudno mówić tu o rozwiązywaniu problemu) stała się domeną wszystkich ugrupowań prawicowych – bez różnicy PiS czy PO. I sprawdza się jako narzędzie mobilizacji konserwatywnego elektoratu wokół „wygodnego wroga” – narkotyków, sięgającej po nie zepsutej młodzieży, zgniłych kontrkultur czy wreszcie złowrogich dilerów, najczęściej wyposażonych w „małe ilości narkotyków”, które mają chronić ich od odpowiedzialności.

Dopiero ostatnie wybory parlamentarne zakłóciły trwający od dekady „konsensus”, wspierany przez media, dla których racjonalna debata o narkotykach z różnych powodów również była niewygodna (łatwiej straszyć, niż rzetelnie przekazywać niewygodne treści, zwłaszcza, jeżeli strach świetnie się sprzedaje). Janusz Palikot odważył się otwarcie poprzez postulaty ruchu Wolnych Konopi, czyli jednej z niewielu organizacji społecznych w Polsce, która każdego roku wyprowadza na ulice polskich miast tysiące ludzi w pokojowych marszach, a ich uczestnicy – wywodzących się z wszystkich subkultur młodzieżowych, reprezentujący pełne spektrum sympatii politycznych, orientacji kulturowych, stają się celem policyjnych represji. Ten masowy, obywatelski ruch pokojowej walki nie ma precedensu w Europie. Porównałem go już do solidarnościowej opozycji, która również gromadziła po swojej stronie wielość, jednoczyła.

Przed dwoma laty wieszczyłem zajęcie przez problematykę narkotykową należnego jej miejsca w debacie publicznej z tej prostej przyczyny, że konsumenci narkotyków to coraz większa grupa wyborców, w tym wyborców wpływowych. Palacze marihuany są wśród znanych polityków, urzędników, sędziów i pracowników organów ścigania. Spodziewałem się jednak, że tym, który z tego faktu skorzysta będzie przede wszystkim lewica, która apelami o racjonalną politykę narkotykową i walką z mitami szerzonymi przez „narkotykowych Macierewiczów” w łatwy sposób zbuduje swój spójny i atrakcyjnych dla potencjalnych wyborców wizerunek.

Dziś Leszek Miller ma niestety inny pomysł, zamiast narzędzia budowy poparcia dla lewicy, woli uczynić z marihuany narzędzie groteskowej rywalizacji z Januszem Palikotem. Nic mnie nie obchodzi, z kim dzisiaj siada do stołu Aleksander Kwaśniewski (i co przy nim pije), ani gdzie parkuje swojego Jaguara obdarzony wrażliwością lewicową bardzo szerokiego formatu Ryszard Kalisz, chciałbym, aby partie reprezentujące rzekomo interesy pokrzywdzonych były w stanie zajmować się pokrzywdzonymi właśnie, a nie uprawiać taniego politykierstwa. I tak, zamiast rozdawać książki, które pewnie nawet nie zainteresują młodych, Czarzasty z Millerem zrobiliby więcej rozdając ulotki z informacją, jak zachować się w czasie „wpadki z marihuaną”. Nie jest tajemnicą, że organy ścigania wykorzystują przepisy narkotykowe do pompowania statystyk. I nie jest tajemnicą, że najczęstszymi ofiarami tego „pompowania” stają się młodzi ludzie posiadający niewielkie ilości marihuany - najpopularniejszego „narkotyku”. Policja nie szuka bowiem marihuany w Sejmie, gdzie często daje wyczuć się jej zapach, ale wśród młodzieży z blokowisk, którą łatwo bez szumu skazać i „zrobić wynik”. Z tego, że nie każdy jest Korą lub jej rozrywkowym psem, skwapliwie korzystają sądy i prokuratury.

Oficjalne dane rządowe, których politycy chyba nie czytają, mówią o ponad 20 tysiącach osób skazanych w 2011 roku za przestępstwa narkotykowe. Większość dostała wyrok za posiadanie, głownie marihuany. W 2010 roku było to 54%. 659 osoby trafiły za kraty, ponad 7 tysięcy jedynie warunkowo pozostało na wolności. To absurdalne liczby.

Konsumenci marihuany są represjonowani, wykluczani ze społeczeństwa, a przeciwko nim toczy się kulturowa (i nie tylko) wojna. W Polsce łatwiej przyznać, że jest się homoseksualistą niż że pali się marihuanę. Skoro jej posiadanie jest przestępstwem, można obawiać się o pracę, reputację. Zobaczmy, jak skończyła się sprawa Agnieszki Szulim, którą demaskował gorliwy obrońca przed narkotykami.

Lewica zamiast próbować zidentyfikować i napiętnować mechanizmy państwowej represji i społecznego wykluczenia, gra na nich celem dalszego dzielenia swojego obozu i zaspokajania politycznych ambicyjek podstarzałych liderów. Szkoda, że dla takiej lewicy nadal jest miejsce w Sejmie. Ale kto raz tam się dostał, ten pewnie już zawsze tam pozostanie. Paląc marihuanę czy nie paląc, ale zawsze z nią walcząc.

Skończyło się więc jak zwykle - zamiast fajki pokoju mamy kość niezgody. Na miarę czasów, bo wegetariańską.
Trwa ładowanie komentarzy...