Polska marnuje unijne środki

Przy okazji niedawnego sukcesu przy ustalaniu unijnego budżetu pojawiły się pierwsze próby krytycznej oceny tego, co nasz kraj robi z przyznanym wsparciem unijnym. Nie jest dobrze.

Kolejna unijna siedmiolatka zapowiada się imponująco – Polska znów dostanie spory zastrzyk unijnych pieniędzy. Problem w tym, że pieniądze te znów wydamy nie na to, na co powinniśmy. Pomijając wystąpienia piewców rządowego sukcesu (jesteśmy najlepsi w Europie w wydawaniu europejskich pieniędzy, przykładem dla innych itp.), warto skupić się na bardziej wnikliwych, jakościowych ocenach. Przykładowo, w Wyborczej (23-24 luty 2013) nad sensownością wydatkowania unijnych środków zastanawiał się Adam Leszczyński. Pieniądze nie idą tam, gdzie powinny. Zgadza się z nim wielu innych komentatorów, w tym – o dziwo – również ci z prawa. Rafał Ziemkiewicz celnie zauważa, że rzetelną ocenę strategii wydawania unijnych środków zastąpiła propaganda sukcesu.



Rozdawnictwo zamiast budowy instytucji

Leszczyński wskazuje na czym polega nasz główny problem – z unijnych środków nie budujemy instytucji, które później realnie przekładają się na poziom życia obywateli. Dlaczego tak się dzieje? Leszczyński dochodzi do wniosku, że główną przyczyną są grupy interesu – urzędnicy czy pracownicy stojący za wymagającymi reformy instytucjami w rodzaju pomocy społecznej czy nauki polskiej. Reformy wymagają też czasu, a polityków interesuje krótki horyzont najbliższych wyborów. Opór środowisk i długi horyzont czasowy zmian zniechęcają polityków przed koniecznym działaniem.

Wszystko to prawda, ale najważniejszy argument jest inny. Politycy zwyczajnie nie mają pojęcia, co i w jaki sposób należałoby zmienić. Wokół partii politycznych zieje pustka – klasa polityczna zamknęła się w kręgu personalnych rozgrywek i wiecznej kampanii wyborczej. Nie stworzono zaplecza eksperckiego, publiczne środki w zamian wydano na telewizyjne spoty i billboardy, nie zaś na think-tanki opracowujące projekty reform i konkretnych ustaw. Jak więc klasa polityczna ma ze środków unijnych reformować kraj, skoro nie ma pojęcia, jak się za to zabrać?

Jest też aspekt drugi, nie wiem, czy nie ważniejszy. Rozdawnictwo unijnych pieniędzy jest narzędziem kupowania poparcia. Z pieniędzy korzystają lokalne samorządy powiązane sympatiami z marszałkami województw (tak w przypadku kosztownej „rewitalizacji” Wadowic), projekty partyjnych środowisk (tak stało się z Muzeum Papieża). Ale unijne środki trafiają również do medialnych korporacji – dzięki temu pewne tematy zbywane są milczeniem. Lepiej się nie narażać, nie kąsać ręki, która karmi unijnym groszem.

Środki unijne a korupcja

Leszczyński zauważa, że prościej jest zbudować nową autostradę, niż zreformować np. pomoc społeczną w Polsce – niewydolną i drogą. Nie zauważa jednak najważniejszego – autostrada, czy ogólniej – projekty budowlane – to gigantyczne pole do nadużyć. Kasa unijna idzie w budowlankę, bo tam zwyczajnie najprościej ją ukraść. Inwestycje gminne i infrastrukturalne projekty unijne to źródło utrzymania wielu mniej lub bardziej lokalnych układów polityczno-biznesowych. O tych sprawach głośno się w Polsce nie mówi. Może dlatego, że są zbyt powszechne, może dlatego, że zaangażowani są w to politycy wszystkich środowisk, a może dlatego, że media, o czym już wspomniałem, również korzystają ze środków unijnych? Rozdawanych – dla przypomnienia – przez polityków.

Warto również wspomnieć o tym, że unijne dotacje wspierają powstawanie małych firm, tworzonych jako fikcja wyłącznie po to, aby dotację pozyskiwać. Nikt tego nie kontroluje. Firmy-krzaki zarejestrowane na osoby często fikcyjnie bezrobotne w gruncie rzeczy są dotacją do działających już przedsiębiorstw. Zniknie dotacja unijna, zniknie kapitał ludzki, który miała wytwarzać. Ale rząd i tak ogłosi sukces mierzony poziomem „absorpcji”, bo środki unijne „trzeba wydać” – byle jak, byle wszystkie.

Czasem w mediach przebrzmiewa jeszcze narzekanie, że gminy ze środków unijnych budują bizantyjską infrastrukturę – aquaparki, baseny, stadiony, które stanowić będą trwałe obciążenie ich budżetów. A ile pieniędzy trafiło do prywatnego biznesu na prywatne inwestycje, które i tak byłoby zrealizowane? Ile do kasy Kościoła? Unia wspiera w Polsce budowę pomieszczeń dla bydła, remonty współczesnych kościołów, urządzanie parkingów wokół nich, powstawanie klubów fitness w dużych miastach, czy parków z plastikowymi dinozaurami na prowincji. Ma to sens? Dyskusji na szczeblu decydentów nie widać.

Zresztą, spójrzmy, kto rozdaje unijne pieniądze. To przede wszystkim politycy - partyjni nominaci różnego szczebla. Są też ciała pośrednie - Lokalne Grupy Działania, złożone zwykle z przedstawicieli lokalnych układów politycznych (krewni i znajomi burmistrza itp). Kwalifikują projekty i je rozliczają. Czy stoją na straży interesu publicznego, w tym interesu Unii? Tylko naiwny byłby w stanie w to uwierzyć. Kasa idzie do znajomych, co traktowane jest jako innowacje lub inwestycje w kapitał ludzki. Na papierze zawsze wszystko się zgadza - z definicji. Przykładem takich chybionych projektów na które poszły miliony, a które stały się źródłem utrzymania dla lokalnych układów jest chociażby Małopolska Sieć Informacji Turystycznej. Czy ktoś o tym wreszcie napisze? Wątpię. W końcu stworzono miejsca pracy... dla znajomych.

Okradamy Unię?

Choć środki unijne to niewielki procent polskiego PKB, obserwując ich wykorzystanie i tak mam poczucie, że marnujemy wielką szansę. Poszliśmy po najmniejszej linii oporu. Ze środków unijnych uczyniliśmy narzędzie politycznego wpływu. Więcej, stworzyliśmy korupcyjny system. Czyli skończyło się jak zawsze? Ktoś może w tym miejscu powiedzieć, że tak postąpili wszyscy przed nami. A jak skończyli? Spójrzmy na politykę i sytuację gospodarczą Włoch, Grecji, Portugalii czy Hiszpanii…
Trwa ładowanie komentarzy...