W Kukizie nadzieja?

Czy muzyk stworzy ruch ludowy, który zmieni politykę? Chciałbym. Z pewnością nie zrobią tego sami politycy. Paweł Kukiz liczy na Prezydenta. Ja nie liczę.

Wielokrotnie pisałem o zabetonowaniu polskiej polityki - nie chodzi tylko o stabilny skład parlamentu, zaludnianego od lat przez te same twarze. Chodzi przede wszystkim o zmonopolizowanie przez partie wszelkich przejawów życia politycznego w Polsce. Głos obywatela przestał się liczyć - widać to wyraźnie na przykładzie inicjatyw ustawodawczych, czy wniosków w sprawie referendów. Ale politycy partyjni zawłaszczyli dla siebie niemal wszystkie przejawy sfery publicznej - brylują na łamach gazet, w telewizyjnych studio, stali się medialnymi celebrytami, ekspertami od wszystkiego. Gdzie jest miejsce dla obywateli, ich inicjatyw, stowarzyszeń? Gdzie miejsce dla głosów ekspertów?



Z pewnością miejsca takiego nie ma w polityce - zarówno tej dużej, centralnej, jak i lokalnej - gminnej i powiatowej. W tym kontekście Paweł Kukiz trafnie identyfikuje problem - potrzebujemy radykalnej zmiany osobowego składu polskiej polityki. Bez tego nie nastąpi jej zmiana jakościowa. Nie pomoże nam zastąpienie starego aparatu partyjnego nowym - wychowankowie dzisiejszych polityków nie różnią się mentalnie od swoich mentorów. Ograniczą się więc do utrzymania obecnego systemu partyjnej wszech-dominacji. Potrzebujemy wywrócenia systemu partyjnego, przemodelowania go. A może nawet jego likwidacji.

Okręgi jednomandatowe nas nie zbawią

Kukiz myśli, że najlepszą do tego drogą jest ordynacja większościowa, związana z utworzeniem okręgów jednomandatowych. Moim zdaniem jest to przykład dobrania błędnej terapii do trafnej diagnozy. Nie chcę powtarzać już przeze mnie podniesionych i zdawkowo skomentowanych przez Kukiza argumentów, ale w okręgach jednomandatowych nadal przewagę będą mieć nominaci partyjni.

Kukiz i jego zwolennicy, także z kręgów naukowych, nie są praktykami - nie brali udziału w kampanii wyborczej, nie zdają więc sobie sprawy, że często przypomina ona wojnę gangów. Trzeba mieć własny gang, aby mieć szanse. Czy "niezależny" kandydat-społecznik takowy ma? Oczywiście nie. Taki kandydat pozbawiony jest szans również dlatego, że kolejnym ważnym czynnikiem kształtującym wynik wyborów jest marka partyjna - obywatele głosują na partie, nawet w wyborach lokalnych. Konkretne nazwiska kandydatów mają mniejsze znaczenie, bo na ogół większość wyborców żadnych nazwisk lokalnych kandydatów nie zna. I wprowadzenie jednomandatowych okręgów tego nie zmieni.

Kukiz chce JOW także dlatego, że to zwiększy odpowiedzialność za decyzje - jedna partia będzie rządzić Polską i brać za to cięgi. Dziś, w systemie koalicyjnym, odpowiedzialność jest rzekomo rozmyta. Nie kupuję tego argumentu także dlatego, że skoro to system partyjny jest problemem, co zmieni dominacja jednej z partii?

Polska nie jest demokracją

Zgadzam się wreszcie z Kukizem i innymi z nowych, gdańskich "Oburzonych", że w Polsce naruszane jest bierne prawo wyborcze - to partyjni liderzy narzucają nam kandydatów w wyborach. Obywatele służą jedynie do dostarczania legitymacji dla rządzących - dzięki temu utrzymuje się fikcja, że Polska jest krajem demokratycznym. A nie jest. Problem w tym, że taka teza nie mieści się w głowie większości obywateli i dziennikarzy. Przecież nie moglibyśmy zostać aż tak oszukani! Naprawdę? Osoby takie jak ja, a już na pewno Paweł Kukiz, otwarcie wskazujące na brak demokracji w systemie politycznym, uważane są za wariatów, wykolejeńców. Tak jest wygodniej, zwłaszcza dla ignorantów (polecam mój krótki tekst na temat demokratycznych standardów w Polsce).

Na marginesie, JOW'y nie zlikwidują zjawiska nominowania kandydatów do wyborów przez szefostwo partii. Dziś na listy partyjne wślizgują się różni aktywiści i czasem wygrywają (jak w moim przypadku). W JOW nikt się już na listę partyjną nie wślizgnie, bo będzie ona jednoosobowa.

Prezydent chroni interes partyjny

Kukiz liczy na Prezydenta. Ja też liczyłem. Ale Prezydentem nie jest trybun ludowy, orędownik społecznego interesu. To taki sam nominat partyjny, jak każda inna osoba dziś u steru. Kancelaria Prezydenta przygotowuje projekt zmiany prawa samorządowego - jego dalece niedoskonały kształt wyznaczył nieżyjący już prof. M. Kulesza. Dzięki przyjęciu nieprzemyślanych rozwiązań, a przede wszystkim braku odpowiedniego nadzoru nad działalnością gmin i powiatów, połączonego z brakiem kadencyjności, w tym wójtów i burmistrzów, wiele samorządów stało się udzielnymi księstwami, w których funkcjonują powiązane z polityką partyjną lokalne mafie. Prezydent chce to niby zmienić, dopuszczając do głosu inicjatywy obywatelskie, lokalne stowarzyszenia. To kierunek po części słuszny, choć zawodowi, odwieczni samorządowcy już protestują.

Ale co z partyjnością samorządów i kadencyjnością, Panie Komorowski?

Projekt prezydencki w żadnym stopniu nie narusza interesów partii politycznych - nie wprowadza kadencyjności, nie usuwa partii politycznych z wyborów do rad gmin i powiatów. Co więcej, kluczowa jest możliwość odwołania burmistrza i wójta w referendum. Reforma Komorowskiego zadania tego nie ułatwia. Zorganizowanie skutecznego referendum przeciwko skorumpowanej władzy nadal będzie prawie niemożliwe. Leży to oczywiście w interesie partii politycznych, które powiązane są z rządzącymi od lat politykami lokalnymi.

Intencje Prezydenta zdradza również brak zmian w zakresie wyboru burmistrza i wójta. Nadal nie każdy mieszkaniec może kandydować w wyborach rzekomo bezpośrednich na to stanowisko - aby zgłosić kandydata "skrzyknąć" musi się grupa kandydatów na radnych. A skąd bierze się taka grupa? Można mozolnie ją budować przez lata, kosztem czyjegoś poświęconego czasu, pieniędzy albo... wyłania się ona ze struktury partyjnej, budowanej z pieniędzy publicznych. Dla kogo więc zaprojektowane są w Polsce stanowiska wójtów i burmistrzów? Dla partii politycznych bądź współpracujących z nimi koterii.

Jak zmienić Polskę?

Może zabrzmię jak szaleniec (albo Kukiz), ale w mojej ocenie (naukowca, prawnika, aktywisty politycznego) Polska rządzona jest przez dwa "układy" - zakorzeniony w polityce centralnej układ partii sejmowych oraz szereg lokalnych grup towarzysko-biznesowych, które przenikają się z tym pierwszym. Grupy lokalne zapewniają głosy w wyborach parlamentarnych i prezydenckich, w zamian korzystają z marki partyjnej w wyborach lokalnych. Markę tę kreują partie centralne za pomocą środków z dotacji na swoją działalność (jak wiemy, idzie ona głównie w polityczny PR), ale także poprzez system obecnych w mediach politycznych celebrytów, czy powiązania towarzyskie z redakcjami, właścicielami mediów. Co robić?

Dobrze, że jest Paweł Kukiz, że Piotr Duda i Solidarność (do której mam wiele zastrzeżeń) udzielają mu wsparcia i pozwalają obywatelom usłyszeć o tym, jak naprawę wygląda polska polityka. Szkoda, że Janusz Palikot swoimi wypowiedziami przekreśla szanse na stworzenie wspólnego frontu "Oburzonych", że spycha się na pozycje zajmowane po prawej stronie przez Jarosława Kaczyńskiego - nieprzysiadalnego politycznego radykała. Ruch Palikota jest partią najbardziej anty-partyjną, zgłaszającą ważne projekty wychodzące naprzeciw krucjacie Kukiza (kadencyjność stanowisk, finansowanie partii politycznych). Ale wszystko to ginie w codziennej błazenadzie.

Paweł Kukiz czy Piotr Duda do najrozsądniejszych też nie należą. Wiele więcej jednak nie mamy. Pozostaje nadzieja, że powtarzanie smutnych faktów na temat polskiej demokracji i polityki, nawet w ustach na poły kabaretowych autorytetów, doprowadzi wreszcie do przełomu w społecznej świadomości. Ale czy to oczekiwanie samo w sobie jest w ogóle rozsądne? To również część dramatu polskiego reformatora.
Trwa ładowanie komentarzy...