O autorze
dr Mateusz Klinowski - wykładowca UJ, aktywista polityczny, dziennikarz obywatelski i polityk lokalny. Pierwszy wybrany w wyborach zdeklarowany konsument narkotyków w Polsce, od kilku lat walczy o respektowanie praw obywatelskich nie tylko w odniesieniu do konsumentów narkotyków, założyciel Inicjatywy Wolne Wadowice, stowarzyszenia mieszkańców walczącego o demokrację lokalną i wolność słowa. Swoje działania opisuje na blogu mateuszklinowski.pl/

Ksiądz swoje, Palikot swoje

Ruch Palikota nie przestaje strzelać sobie samobójów. Nawet kompromitację księdza- profesora, obnażającą poziom jego niewiedzy w sprawach, w których uchodzi za eksperta, Ruchu przekuwa we własną porażkę.

Ksiądz Franciszek Longchamps de Berier jest profesorem i wykładowcą uważanych za prestiżowe wydziałów prawa. Jest także uznawany za eksperta od bioetyki, reprezentującego w różnych dyskusjach tzw. “stronę kościelną”. W słynnym już wywiadzie prasowym nagadał kompromitujących głupot. Przede wszystkim odkrywających jego własne do tematu nieprzygotowanie. Jak później wyjaśniał, opierał się na materiałach konferencji w Białymstoku. Wymienił też nazwiska występujących tam ekspertów - polskich genetyków i biologów. Niedawno, przy okazji afery z profesor Pawłowicz, mieliśmy okazję zapoznać się z wiedzą poznańskich uczonych na temat ewolucji. Longchamps de Berier przybliżył teraz opinii publicznej przemyślenia uczonych z Białegostoku.



Mam świadomość niskiego poziomu polskiej kadry naukowej (maleje on w miarę wspinania się po drabinie naukowej kariery), ale czytanie prób zdemaskowania in vitro i tak boli. W nauce kwestionowanie utartych poglądów jest czymś naturalnym - tak też należałoby oceniać krytyczne opinie o in vitro. Problem zaczyna się, gdy krytyka obowiązujących prawd pełna jest błędów i przekłamań albo gdy przykłada się do niej niewłaściwą miarę, używa w służbie ideologii. To moim zdaniem właśnie przypadek księdza profesora. I to powinno rodzić pytanie, czy taki poziom naukowej kultury powinien prezentować sobą profesor uważający się za poważnego partnera do naukowej debaty, zatrudniany przez prestiżowy wydział prawa?

Longchamps de Berier nagadał nie tylko rzeczy zwyczajnie głupich, ale również niewątpliwie szkodliwych. Jego rozdmuchana medialnie wypowiedź przyczyni się do stygmatyzacji dzieci i rodziców korzystających z metody in vitro. Mamy więc przykład księdza bez wrażliwości potrzebnej w kapłaństwie. Do tego, próbując tuszować własną wpadkę popełnił kolejną - przyrównując dzieci poczęte w wyniku in vitro i w wyniku gwałtu. Trudno uwierzyć w przypadkowy dobór słów. Czy taki poziom kapłaństwa chce prezentować nam Kościół w osobach swych najbardziej wykształconych księży?

Przykład księdza-profesora wykorzystać wreszcie można, aby pokazać, że Kościół wciąż jest siedliskiem obskurantyzmu, przytuliskiem dla ignorantów, czy różnego rodzaju naukowych "radykałów" wierzących w diabła w kwaśnym mleku. Że Kościół otwarcie promuje zabobony, wspierany przez kiepskich naukowców, czasem również w kapłańskich togach. Może przy okazji występu księdza Longchamps de Berier trzeba było podkreślać, że ideologicznie motywowani kapłani mają wpływ na to, co dzieje się w polskiej nauce, są obecni na polskich uczelniach, kształcą podług swoich wyobrażeń polską młodzież, na ogół za pieniądze publiczne (są oczywiście chlubne wyjątki)?

Podam przykład ze swojego poletka. Polska to przedostatni w Europie kraj, jeżeli chodzi o standardy i dostępność leczenia uzależnień od narkotyków - wyprzedza nas jedynie Albania. Brakuje pieniędzy i politycznej woli, bo dominują uprzedzenia i jedynie słuszna ideologia "zero tolerancji". Dzięki temu z pieniędzy przeznaczonych na naukę finansujemy badania nad Jezusoterapią i Marioterapią uzależnionych, prowadzone przez jedną z katolickich uczelni. A programy metadonowe są wstydliwym, zaniedbanym zaściankiem.

O tym wszystkim można było mówić przy okazji "afery z bruzdą na twarzy". Ksiądz Longchamps de Berier, jego skandaliczne wypowiedzi, naukowa niekompetencja i ledwie maskowana zła wola wynikająca z ideologicznego zacietrzewienia, były szansą, by wzbudzić ponownie zainteresowanie opinii publicznej rolą, jaką Kościół Katolicki odgrywa w debacie publicznej. A także, być może, fatalnym stanem polskiej nauki w osobach profesorów, nadających jej ton.

Zamiast tego Ruch Palikota sprawę skutecznie pokpił uciekając się do zagrań pod publikę. Apele o odgórne relegowanie z uczelni niekompetentnych w swoich dziedzinach naukowców nie mają racji bytu nie tylko z uwagi na skalę zjawiska. Uniemożliwia to obowiązujące prawo. Na szczęście. Czy ktoś w Ruchu Palikota w ogóle się zastanowił, czy chcemy żyć w kraju, w którym to politycy decydują, kto może, a kto nie może pracować naukowo? Ja takiej Polski nie chcę.

Nieprzemyślane działanie doprowadziło do jeszcze jednego - zantagonizowało i zniechęciło do Ruchu studentów. Ksiądz profesor jest wykładowcą najwyraźniej lubianym, a atak Ruchu Palikota jedynie pozwolił przedstawić go jako postać pomnikową - zwalczaną za poglądy (choćby nawet i zaściankowe). Wśród studentów przyznawanie się do sympatii dla lewicy i Palikota zaczyna uchodzić za obciach. Ktoś solidnie na to pracuje. To już kolejny przypadek w ostatnim czasie, kiedy nadzieje wielu Polaków związane z Ruchem Palikota rozmieniane są na drobne dzięki wysiłkom jej szarżujących na oślep posłów. Coś tu kuleje.
Trwa ładowanie komentarzy...