Dlaczego Kaczyński ma rację, a Majcherek się myli?

Chciałbym, aby raporty na temat stanu demokracji i rządów prawa w Polsce oddawały rzeczywistą sytuację. Nie mają one jednak z nią wiele wspólnego. Jarosław Kaczyński trafnie odczytuje podzielane powszechnie przez Polaków przekonanie, że żyjemy w kraju niesprawiedliwości oraz braku demokracji. I próbuje na tym coś cynicznie ugrać.

Na łamach „Wyborczej” Janusz Majcherek, akademik i publicysta z Krakowa demaskuje zakłamanie Jarosława. Kaczyński twierdzi bowiem, że Polska to kraj, gdzie łamane są standardy demokracji, ograniczane swobody obywatelskie czy nawet prawa człowieka. Pomijam fakt, że o swobody obywatelskie i standardy demokracji upomina się ten, który w największym stopniu im zagrażał. Kaczyński najbliższy był rządom autorytarnym, nie tylko w deklaracjach. Ręczne sterowanie instytucjami miało służyć rozbiciu „układu”, powołano nawet własną policję polityczną, ścigającą środowiska nieprzychylne „odnowie moralnej”. Skończyło się blamażem, którego ostatnie akty, dosłownie, zapisał prężący się „Agent Tomek”, symbolizujący „nową jakość”, jaką proponował i nadal proponuje PiS.



Majcherek podaje szereg naukowych opracowań, z których wynika, że Polska na tle UE radzi sobie całkiem dobrze. Argument ten to jednak ślepa uliczka, gdyż raporty te zafałszowują obraz rzeczywistości. Odpowiada za to bardzo prosty mechanizm - oparcie na raportach produkowanych przez instytucje i ocena oficjalnych statystyk.

W jaki sposób ocenić stan demokracji w Polsce? Sprawdźmy na przykład, czy odbywają się u nas uczciwe wybory. Po pierwsze, prawie żaden protest wyborczy nie jest uwzględniany przez Sąd Najwyższy. Ale czy dzieje się tak dlatego, że wybory odbywają się zgodnie z prawem i standardami? Bynajmniej. Przekona się o tym każdy, kto spróbuje podważyć lub chociaż sprawdzić wynik wyborów korzystając z istniejących w prawie procedur – są one po prostu martwe (więcej tutaj). Po drugie, fałszowanie wyborów lokalnych jest standardem – wyraźnie widać to w Wadowicach, gdzie łapani są członkowie komisji wyborczych kreślący po kartach do głosowania (produkcja głosów nieważnych), czy wynoszący je z lokalu. Powszechnie mówi się o dosypywaniu głosów, oddawanych przed dniem wyborów. Wszystko jest tuszowane, rozchodzi się po kościach, postępowania są umarzane. W komisjach wyborczych zasiadają zaufani sędziowie, pracownicy urzędów, poplecznicy burmistrza. Dlatego kontrkandydaci często nie są w stanie nawet się zarejestrować. Na papierze tego nie widać (może poza liczbą głosów nieważnych), więc jak „naukowy raport” ma to uwzględnić?

Skoro wybory szwankują, to może chociaż wymiar sprawiedliwości jest w porządku? Nic z tych rzeczy. Sędziowie są pozbawieni jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje działania, a w małych miastach (ale nie tylko) często tworzą się całe rodzinne klasy prokuratorsko-sądowo-adwokackie. Wydawane decyzje nie mają często nic wspólnego z prawem. Nie brakuje przykładów wyroków, w których różni sędziowie wydają identyczne wyroki (kopiuj-wklej) w różnych sprawach, lub ten sam sędzia wydaje dwa sprzeczne wyroki w tej samej sprawie. Prokuratury wykorzystywane są przez lokalnych polityków to „tropienia opozycji”, stawiane są absurdalne zarzuty, mające wszelkie cechy totalitarnych represji. (przykład tutaj) Popełniane przez urzędników przestępstwa są zaś gładko umarzane. Poziom decyzji wielu sędziów czy prokuratorów zdradza analfabetyzm prawny i niską jakość rzemiosła. Ale osoby te są praktycznie nieusuwalne i nadal krzywdzą ludzi. W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej.

Nie funkcjonuje nawet instytucja jawności rozpraw (brak zgody na ich rejestrację pod absurdalnymi powodami, gdy tymczasem powinien to być absolutny standard), posiedzeń (wyrzucanie publiczności z sali), instytucja czynnika społecznego. Sędziowie prawie zawsze chcą „mieć spokój” i całkowitą dowolność wydania rozstrzygnięcia, dlatego pozbywają się z niewygodnych osób (dziennikarze, organizacje społeczne), utrudniając jakąkolwiek kontrolę własnych poczynań.

Jawność nie istnieje również na poziomie samorządów. Ile komisji i sesji rad miejskich i powiatowych jest nagrywane i upubliczniane w sieci? W Wadowicach (znów przykład z mojego podwórka) protokoły obrad są notorycznie fałszowane, wykreślane są całe partie wypowiedzi. Znów bez konsekwencji, za zgodą Wojewody i Prokuratury, a więc organów nadzoru.

Może chociaż swobody obywatelskie? Wolność osobista nie istnieje, jeżeli policjant ma prawo zatrzymać każdego w dowolnych okolicznościach. Umożliwia to m.in. istnienie niekonstytucyjnego przestępstwa posiadania narkotyków. Sam zostałem zatrzymany i przeszukany w centrum Warszawy bez odpowiedniego powodu i z pogwałceniem wszelkich procedur. Chciano mnie pobić. Nikt nie poniósł za to odpowiedzialności, a uczestniczący w zatrzymaniu policjanci wyłgali się składając fałszywe zeznania. Niby istnieje prawo do zażalenia na podjęte czynności, ale znów jest to prawo martwe. Ktoś z niego skutecznie skorzystał? Nie znam.

Bardziej spektakularny przykład – Andrzej Dołecki, jeden z liderów stowarzyszenia Wolne Konopie. Aresztowany na 3 miesiące pod zarzutem handlu narkotykami. Dowodem był brak (sic!) dowodu rzeczowego w postaci 3 kg marihuany, jaką rzekomo miał zakupić wg informatorów Policji. Kupił, nie ma, więc sprzedał – tak rozumowała Prokuratura i sąd demokratycznej Polski w dwóch instancjach! Zwolniony po 3 miesiącach bez żadnych środków zabezpieczających.

Wolność do demonstrowania? Nie sądzę. Kilkukrotnie organizowałem demonstracje, zawsze spotykając się z represjami organów ścigania lub urzędników według zasady – im mniejsze miasto, tym więcej represji.

Wolność słowa? Mają ją politycy – cieszący się immunitetem lub zatrudniający lokalnych dziennikarzy jako swoich asystentów, dzięki czemu mogą dowolnie oczerniać innych. Uczciwi obywatele mówiący i piszący prawdę na temat Polski są prześladowani, pozywani do sądów, skazywani. Szczytem jest proces o zniesławienie, jakie burmistrz Kalwarii Zebrzydowskiej wytoczył wobec organizatorów referendum w Kalwarii Zebrzydowskiej, za zorganizowanie referendum właśnie. Sąd w Wadowicach uznał, że referendum istotnie może stanowić zniesławienie. Postępowanie karne wobec 10 inicjatorów nadal się toczy. Krzyków oburzenia ze strony przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości nie słychać. Co więcej, część wybitnych prawników na czele z prof. Andrzejem Zollem nadal utrzymuje, że przestępstwo zniesławienia i art. 212 Kodeksu karnego ma do odegrania wielką rolę.

J. Majcherek pisze też, że nawet pod względem korupcji jest u nas nieźle. Naprawdę? Profesor powinien udać się do samorządów i przyjrzeć się skali zjawiska, które toczy nasz kraj. „Obrywki” dla samorządowców są standardem – płacone od każdej faktury. To wyjaśnia jakość lokalnych inwestycji oraz wybór priorytetów.

Jest wreszcie tryb wyborczy, który ustanawia błyskawiczne, inkwizycyjne sądownictwo do dyspozycji startujących w wyborach polityków, pozwalające skazywać w ciągu jednego dnia każdego, bez żadnych ograniczeń. Sam zostałem w tym trybie pozwany aż trzykrotnie przez przewodniczącego Powiatowej struktury PO, który miał aspirację zostać posłem. A nawet w kampanii wyborczej nie uczestniczyłem! Sędzia przyznał mi rację dopiero, gdy za trzecim razem zorganizowałem w gmachu sądu protest.

Stanisław Kotarba, bliski polityczny przyjaciel panów Ireneusza Rasia i Pawła Grasia wołał w czasie kampanii do mieszkańców Wadowic: „Wszystkich was znamy, damy sobie radę z wami, policja będzie was tropić”. Nie żartował. Tak wygląda polityka w Polsce, gdzie przeciwko obywatelom używane są organy ścigania i sądy, uczestniczące w mniej lub bardziej lokalnych układach zależności.



I wreszcie, czy porównywanie Polski do Białorusi jest demagogią? Nie wydaje mi się, patrząc na powyższe. Jest to raczej różnica stopnia, nie zaś jakości. Często sam używam tego porównania.

Nie mam zaufania do Jarosława Kaczyńskiego, a lokalne struktury PiS niczym się nie różnią lokalnie od struktur PO – są równie "umoczone" w tworzenie lokalnych mafii samorządowych. Nie mam jednak żadnego zaufania do raportów, na które powołuje się Janusz Majcherek. Rzeczywistość wygląda inaczej.

Są na tym świecie rzeczy, o którym się filozofom nie śniło. Filozofowie mogliby je dostrzec, ale musieliby wstać zza biurka. Dlatego tak ważne jest, aby naukowiec (przynajmniej od czasu do czasu) próbował być też aktywistą.
Trwa ładowanie komentarzy...