Wielka tajemnica Polskiej Nauki

Toczy się bezproduktywna dyskusja o tzw. Polskiej Nauce. Choć wydaje się, że wszystko już w niej powiedziano, najważniejsza kwestia nadal jest skrzętnie omijana. Dlaczego? Bo dyskusja zdominowana została przez profesorów, którzy stanowią górę “uczelnianego łańcucha pokarmowego”, patrząc na naukę ze szczytu feudalnej drabiny zależności.

Pisałem już wielokrotnie o błędnych założeniach i skutkach tzw. “reformy Kudryckiej”. Tym razem streszczę wszystko w kilku zdaniach.



Programy studiów niedostosowane do wymogów nowoczesności, uniwersytety zamienione w fabryki dyplomów, wielość etatów, fikcyjność świadczonej pracy przez profesorów, wyzysk młodych badaczy przez starych, dzielenie kasy przez kliki, czasopisma naukowe tworzone do “nabijania” publikacji kolegom, brak współpracy z zagranicą, brak osiągnięć na światowym poziomie, ogólna nędza moralna i intelektualna - wszystko to można naprawić jednym magicznym pociągnięciem zaczarowanego ołówka. Wystarczy przyjąć ustawę, że finansowane z udziałem publicznych środków instytucje zwane uniwersytetami, muszą szanować reguły zapisane w Konstytucji - być demokratycznym państwem w państwie, a nie feudalnym skansenem.

99% pracowników dowolnego polskiego uniwersytetu (szacuję na oko, niech będzie nawet 70%) nie ma wpływu na wybór jego władz. A zatem nie ma wpływu na nic - na podział kasy, na priorytety badawcze, na jakość kształcenia. Wpływ mają profesorowie, dożywotni, bronieni przyznawanymi przez Prezydenta tytułami, a w szczególności uczelnianym systemem wyborczym. Dlatego, gdy my - młodzi naukowcy, dojeżdżamy do pracy starymi rowerami, oni podjeżdżają do swoich firm drogimi limuzynami, wieszają na ścianach olejne portrety i przechadzają się po czerwonych dywanach w gronostajowych bamboszach. Potem idą na bankiet z Premierem z okazji inauguracji roku, Wigilię świętują z Minister.

Ot i cała tajemnica niemożliwości zreformowania polskiej nauki w telegraficznym skrócie - zblatowanie polityków spragnionych profesorskiego splendoru z zamkniętą kastą beneficjentów feudalnego systemu badań naukowych, generującego wyniki na poziomie europejskiego średniowiecza.

W międzyczasie synowie i córki, żony, kochanki piszą doktoraty, zajmują nowe uniwersyteckie etaty. Wypchnięci przez nich najlepsi z młodych naukowców pracują w Niemczech i na Wyspie, ewentualnie u Wielkiego Brata zza Oceanu.

Tymczasem, zamiast rozmawiać o sednie problemu - korporacji profesorów oraz deficycie demokracji, rozmawiamy o ilości etatów, jakie mogą zajmować wykładowcy, o wypełnianiu wniosków grantowych oraz dostosowaniu uczelni do rynku pracy. Wszystko to jednak kwestie wtórne. Rozmawiajmy o oddaniu władzy przez profesorów i zakończeniu systemu feudalnego wyzysku!

Z uwagi na powyższe, w mediach nie powinno się już cytować profesorów wygłaszających swoje teorie na temat przyczyn słabości nauki polskiej. Dziennikarze, dajcie wreszcie głos tym, którzy na co dzień ją robią!

Prawdziwa demokracja teraz!
Trwa ładowanie komentarzy...