Kora i Doda i Warzecha - męczennicy szoł biznesu i “homoseksualny totalitaryzm”

Przybyło nam męczenników. Jak przystało na czasy, w których żyjemy, rekrutują się oni z szoł biznesu i mediów. Ich męczeństwo ma szanse pomóc w zmianie represyjnego prawa albo przynajmniej zilustrować z prawem tym problem.

Rokendrolowa babcia Kora została zatrzymana. A przed wypuszczeniem na wolność opisana przez portale. Wszystko w związku z posiadaniem śladowych ilości marihuany i niezwykle rozrywkowego psa. Doda, muzycznie wciąż dziewica, została zaś prawomocnie skazana za bełkot na temat Biblii. Przyrównano to do ukrzyżowania albo przynajmniej ukamienowania. W sprawie wypowie się Strasburg, pewnie dopiero za 10 lat.



O Korze już szerzej pisałem, dodam więc kilka słów o Dodzie. Skazano ją z art. 196 Kodeksu Karnego, który mówi o obrazie uczuć religijnych i znieważeniu przedmiotu religijnej czci. Co definiuje tą obrazę? Jakie są granice dla znieważenia przedmiotu czci i co nim jest? To pytania podstawowe i niestety niemające zadowalającej odpowiedzi na gruncie prawa. A zatem przepis ten w ogóle nie powinien obowiązywać, bo właściwie nie wiadomo, co ustawodawca uznaje za przestępstwo.

Analogicznie zresztą jest w przypadku osławionego art. 62 Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, gdzie mowa o karaniu za posiadanie narkotyków bez podania jakichkolwiek ilości. Jak więc odróżnić karalne posiadanie znacznych ilości (10 lat więzienia) od niewielkich (grzywna) i od używania (konsumpcji) narkotyków w ogóle? A przecież używanie narkotyków jest w Polsce najzupełniej legalne!

Przepis art. 196 KK słusznie określany bywa mianem anachronizmu - w warunkach polskich nadużywany jest on do obrony państwowej (sic!) religii, jak widać głównie przed działaniami i wypowiedziami (czasem głupimi) artystów czy pretendujących do tego miana celebrytów. Czy zostanie wreszcie zlikwidowany? Powinno nastąpić to czym prędzej, zwłaszcza, że cele obowiązywania art. 196 KK osiągnąć można w odpowiedni sposób definiując przestępstwo mowy nienawiści, dziś ujęte w Kodeksie szczątkowo. I tak dochodzimy do kolejnego męczennika, tym razem atakowanego nie przez organy państwa, lecz homoseksualne lobby - Łukasza Warzechy, publicysty i moralisty.

Sprawa wydaje się dość prosta. Słowa nie tylko mogą ranić, ale także kierować nienawiść w stronę określonych grup i osób, najczęściej różnego rodzaju mniejszości. Mechanizm jest dobrze opisany przez psychologię, także polityki. Stygmatyzacja przy użyciu określeń w rodzaju “nienormalni”, “nieprawdziwi”, czy zabarwionych emocjonalnie: “zboczeńcy”, “ćpuny”, “pedały”, “żydy”, to pierwszy krok na drodze do rzucania kamieniami, a później “ostatecznego rozwiązania”. O tym, czy mamy do czynienia z takim pierwszym krokiem decyduje kontekst, dość łatwy do uchwycenia nawet dla przeciętnego sędziego. W Kodeksie Karnym zabrakło jednak definicji wystarczająco ogólnej, aby mowę nienawiści uwzględnić. Kodeks traktuje jedynie o nienawiści na tle rasowym, etnicznym i wyznaniowym (art. 256 i 257), a przecież współczesne społeczeństwo różnicuje się nie tylko w oparciu o te kategorie.

Niestety, część osób wydaje się istoty problemu nie rozumieć. Łukasz Warzecha w ich imieniu oburza się, że poseł Robert Biedroń postanowił poinformować Policję, iż został znieważony i nazwany “zboczeńcem”. A przecież “zboczeniec” to nic innego jak inna forma powiedzenia, że ktoś nie jest normalny, bo jego zachowanie jest “dewiacyjne”. Warzecha dziwi się też, że poseł sięga po prawo karne. Skoro tak, nie chodzi mu o zwykła zniewagę, bo ta rzekomo ścigana jest na drodze cywilnej, tylko “mowę nienawiści”, co ma oznaczać, że Biedroń rości sobie prawo do określenia, co jest normalne, a co nie jest. A to już homoseksualny totalitaryzm! - krzyczy zrozpaczony Warzecha, wstępując na barykadę stanowiącą dla tego totalitaryzmu tamę.

Jakie zagrożenie, tacy męczennicy. Spoglądając uważniej na argumenty Warzechy rzuca się w oczy całkowita nieznajomość prawa. Zniewaga jest przestępstwem i to rodzajowo odrębnym od szczątkowo dziś ujętej mowy nienawiści (definiuje ją art. 216 i 226 KK a nie art. 256 i 257 KK). Problemy wyznaczenia normy dla zachowań seksualnych, definicji normalności w ogóle czy dewiacyjności zachowań są zaś zbyt złożone, żeby krótko je tutaj streścić. Warzecha oczywiście także ich nie dostrzega. Ale znacznie bardziej zastanawia, dlaczego nie dostrzega też różnicy w orzekaniu o kimś, że jest osobą homoseksualną, a powiedzeniem, że jest “zboczeńcem”. Podobna różnica zachodzi pomiędzy słowem “uzależniony”, a “ćpun”.

Główny dylemat Warzechy zamyka się w stwierdzeniu, jakoby Robert Biedroń chciał poprzez Kodeks Karny zakazać mu swobody osądu co do Biedronia seksualności. Szkopuł w tym, że wszystko, naprawdę zależy od użytych słów. Nawet teraz Warzecha nie może swoich myśli wyrażać dowolnie - musi uważać, jak to robi. Gdyby nawet prawo uległo wreszcie zmianie i możliwe stałoby się ściganie mowy nienawiści we wszystkich jej odmianach (a nie tylko rasowo-wyznaniowym), Warzecha ze swoimi poglądami nadal będzie bezpieczny. Gdy będzie twierdził, że zachowanie Biedronia odbiega od normy, będzie gadał po prostu głupoty, w które święcie wierzy. Nikt mu tego nie zabroni, choćby męczennik wojny z homoseksualizmem tego bardzo chciał. Jeżeli jednak swoją paplaninę zacznie wykorzystywać do nawoływania do nienawiści (o tym decyduje kontekst) albo użyje słów obraźliwych - pojawi się odpowiedzialność karna. W przypadku słów obraźliwych już dzisiaj obecna.

Oczywiście zagrożenie czai się w interpretacji - pewnie zdaniem Warzechy homoseksualiści będą starać się poszerzyć zakres niedozwolonych kontekstów i słów. Tu jednak decydować będą sędziowie, a sądząc po jakość wyroków polskich sądów będziemy bezpieczni - dominacja ideologi rozbuchanych praw człowieka nam nie grozi. Homoseksualny totalitaryzm pozostanie jedynie marzeniem niektórych.
Trwa ładowanie komentarzy...