Głowa Agnieszki Szulim nie spadnie

W porannym programie publicznej telewizji dr hab. Mariusz Jędrzejko, dyżurny autorytet w dyskusjach na temat polityki narkotykowej, zdemaskował znaną dziennikarkę. Agnieszka Szulim miała przed wejściem na antenę przyznać się, że od 15 lat pali marihuanę. Jędrzejko poczuł się tym faktem zbulwersowany i... dla dobra sprawy poinformował o nim telewidzów. Gdy Szulim zaprzeczyła, podekscytowany Jędrzejko krzyczał, że ta "łże".

Rzekomych kompetencji „profesora” nie będę tutaj szerzej omawiał (zrobiłem to w innym miejscu). Jędrzejko i tak jest i będzie nadal zapraszany do telewizji, sprzedając widzom swoją „wiedzę” ocierającą się często o kabaret. Takich mamy w Polsce profesorów, ekspertów. A jakich mamy dziennikarzy? W „aferze Szulim” dwie rzeczy wydają mi się ważne.



Pierwsza to oburzenie z racji popełnienia przez Szulim rzekomego przestępstwa – palenia marihuany. Robert Biedroń miał kłopoty, bo powiedział „ja palę”. Janusz Palikot miał łamać prawo, bo palił, ostatnio na demonstracji w Warszawie. Prokuratura niby gotowa jest ich ścigać, ale nie ma dowodów, bo te... zostały spalone. Przestępstwo niemożliwe? Jak żyć? - pozostaje tylko zapytać premiera Donalda Tuska, bo przecież on też... palił. Obserwacja tego teatru absurdu naprawdę zdumiewa.

Prokuratorzy bowiem, a tym bardziej politycy, łamią sobie bowiem umysły i języki, byle tylko nie przyznać, że... palenie marihuany nie jest przestępstwem! Więcej, karanie za konsumpcję marihuany, tudzież innych tzw. narkotyków, stanowiłoby złamanie prawa – międzynarodowych konwencji, które ratyfikowała Polska, w tym tej o ochronie praw człowieka. Tej istotnej kwestii prawnej nikt najwyraźniej nie rozumie, albo rozumieć nie chce. Prokuratorzy wolą więc opowiadać bajki, niż przyznać, że palić wolno, choć - paradoksalnie - nie wolno posiadać. Niewiedza i brak logiki triumfują. Dlatego komentatorzy podnieśli larum – Szulim musi odejść. Dziennikarze jednak w większości zachowali powściągliwość. I to kwestia druga.

Nie podzielam oburzenia Jędrzejko w sprawie Szulim. Ale z jednym z jego aspektów się zgadzam – Szulim i wielu innych dziennikarzy doskonale zna problem narkotyków z autopsji. I jeżeli coś mnie razi, to zakłamanie środowiska dziennikarskiego, które, podobnie jak artyści, obficie, pełnymi garściami korzysta z narkotyków.

W dzisiejszej polityce, opartej na zjawisku infotainment dziennikarze dzierżą realną władzę. Lecz przez ponad dekadę nie zrobili nic, aby powstrzymać rosnącą falę represji. Z prostej przyczyny – represje ich omijały, dotykając ludzi z nizin, którzy dla Policji i Prokuratury stanowili łatwy, przyjemny cel. Los ludzi młodych, łapanych z narkotykami, nikogo nie obchodził, także Agnieszki Szulim, która spokojnie mogła "jarać gandzię" za kasę z reklam audiotele. Konformizm nakazywał zaś zapraszać i dawać głos ekspertom pokroju Jędrzejko. I przymykać oczy na prawdziwe pobudki polityków nawołujących do rozprawy z "dealerami z małą ilością narkotyków", wygłaszających idiotyczne hasła w stylu "lepsze dziecko w więzieniu niż na cmentarzu" (B. Labuda).

Ukaranie Szulim, pozbawienie jej pracy, środowiskowy rytuał wykluczenia miałby jeden podstawowy skutek – zmusiłby dziennikarzy do przemyślenia swojego stanowiska i postawy względem narkotyków oraz udziału w zmianach polityki narkotykowej. Sprawa Szulim zakończyłaby wówczas etap zakłamania, w którym uczestniczy środowisko dziennikarskie i który obciąża moralnie jego przedstawicieli. Szulim jednak nie zostanie wyrzucona, a koleżanki i koledzy dziennikarze spuszczą na sprawę litościwie zasłonę milczenia. Hipokryzja będzie trwać.

Media miały być czwartą władzą. Dominacja rozrywki, modelu biznesowego, powiązanych z nim mechanizmów poprawności politycznej, spowodowały, że media przestały zabierać głos w wielu ważnych społecznie, choć ryzykownych sprawach. Celebryci, którymi dziennikarze często się stali, boją się ryzykować swoich zarobków.

Polityka narkotykowa w naszym kraju oznacza dziesiątki tysięcy zatrzymanych rocznie. Ale ponieważ media to przede wszystkim biznes, szaleństwu przeciwstawiają się głównie sami represjonowani - dziesiątki tysięcy potencjalnie zagrożonych więzieniem młodych Polaków, wychodzący każdego roku na marsze wyzwolenia konopi. Marsze te nigdy nie są pokazywane i relacjonowane w telewizji, także publicznej. A przecież to telewizji tej obowiązek.

W telewizjach i prasie jednak cisza. I marihuanowy dym.
Trwa ładowanie komentarzy...